Wielkie pudło ustawione na krawędzi kanapy od razu rzucało się w oczy. Zerknęłam szybko, ale poszłam dalej — przecież nie wypada rozpakowywać prezentu przez oficjalnego wręczenia.

– Nie wierzę! Nie zauważyłaś! – dwie godziny później wykrzykuje Sam, który dopiero się obudził. – Jak można nie zauważyć takiego pudła. Happy birthday! – ściska mnie mocno.

Nie wdaję się w niepotrzebną dyskusję i zaczynam rozdzierać papier. Delikatnie przecinam taśmę, a w brzuchu mały ucisk. Podekscytowana zaglądam do środka, zupełnie nie wiedząc czego się spodziewać, a tam… kolejny karton.

Sam wybucha śmiechem.

Powtarzam czynność kilkukrotnie, świetnie się przy tym bawiąc. Po jakiś siedmiu minutach rozdzierania, przecinania i zaglądania, na dnie malutkiego pudełka, znajduję równie malutką kopertę.

Już wiem, że gdzieś jedziemy! Kocham takie prezenty.

Ale dopiero po chwili dociera do mnie, gdzie jest to „gdzieś”.

Czytam jeszcze raz z niedowierzaniem.

– Lord Howe Island! – ruszam w ten taniec radości, kręcąc się bez celu w kółko.

Lord Howe Island. I to jutro. Nie wymyśliłabym sobie lepszej niespodzianki na 33 urodziny.

Gdzie jest Lord Howe Island

Lord Howe Island to australijska wyspa położona na Morzu Tasmańskim, jakieś sześćset kilometrów od linii brzegowej kontynentu, na wysokości nieco powyżej Sydney. O jej istnieniu dowiedziałam się już jakiś czas temu i od razu trafiła wysoko na moją listę marzeń. Czekała tam długo, bo dostać się na Lord Howe nie jest ani łatwo, ani tanio. Loty odbywają się tylko z Sydney lub Brisbane, a obsługuje je linia Qantas Link.

Na pokładzie samolotu okazuje się, że jesteśmy najmłodsi, co na chwilę rysuje przed moimi oczami wizję emeryckich wakacji.

Z nadzieją spoglądam przez to małe okienko, aż wreszcie na granatowej tafli wody zauważam te charakterystyczne dwa wzniesienia. Pogoda sprzyja i lądujemy za pierwszym podejściem, co wcale nie jest tu tak oczywiste.

Przy furteczce, zaraz koło pasa (lotnisko jest miniaturowe), czeka na nas uśmiechnięta dziewczyna z hotelu. Szybko wyłapuje nas wzrokiem w grupie staruszków.

– Julia and Sam? – pyta, a my przytakujemy. – Welcome to paradise.

Wyspa Lord Howe wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i tak — nazywać ją rajem to żadne nadużycie, o czym szybko się przekonujemy…

Teraz, w drodze do hotelu, zerkam przez okno busika — niebo jest idealnie błękitne, a trawa idealnie zielona. Wjeżdżamy w aleję smukłych palm, a po lewej stronie rozbijają się niespiesznie turkusowe fale. Żółwim tempem przemierzamy wyspę, bo ograniczenie prędkości wynosi tu dwadzieścia na godzinę i… Po siedmiu minutach jesteśmy na miejscu — w Somerset Apartments.

 

Na wyspie tej znajduje się tylko kilka hoteli, a ilość miejsc noclegowych wynosi równe czterysta, co oznacza, że jednorazowo może tu przebywać maksymalnie czterystu przyjezdnych. Rozwiązanie idealne! Nie ma tłumów, nie ma bałaganu, nie ma przepychanek. W sumie to można poczuć się, jakby się miało ten raj dla siebie.

Szybko ruszamy spacerować, żeby na zachód słońca dotrzeć na pobliski szczyt.

Kim’s Lookout i wzgórze Malabar

Najpierw idziemy drogą, obsadzoną tymi charakterystycznymi smukłymi palmami. Okazuję się, że Howea Forsteriana, czy też „palma kencja”, którą widujecie często w doniczkach, to endemiczna roślina z tej wyspy. A pomiędzy rozwichrzonymi palmami, olbrzymie figowce!

Potem szukamy ścieżki przez pastwisko, aż wreszcie wspinamy się nieco pod górę. Rozglądam się wokoło. I dociera do mnie, że jesteśmy na tak małym skrawku ziemi, pośrodku ogromnego oceanu. Gdzieś na końcu świata.

Trasa okazuje się nieco bardziej wymagająca, niż się spodziewaliśmy, więc przyspieszamy kroku. Musimy dotrzeć na Wzgórze Malabar i punkt widokowy Kim na długo przed zapadnięciem zmroku, aby czasu starczyło na powrót. Przedzieramy się przez krzaki, żeby chwilę później stąpać nad urwiskiem. Wysokie klify giną nagle w tafli wody, a mi przypomina się, czym jest lęk wysokości.

🇦🇺 I found my place on earth – Lord Howe Island 🌴 Not so popular Australian Island, which was on my bucket list for some time. Is there a better way to celebrate your birthday? • • • 🇵🇱 Moje miejsce. Australijska wyspa Lord Howe. Wciąż nie tak bardzo popularna a tak bardzo piękna. Była na mojej liście długo, a potem dostałam prezent na 33 urodziny. Czy można uczcić je lepiej? • • • #LordHoweIsland #prostozpodrozy #podroze #onetpodroze #blogpodrozniczy #visitnsw #travelplanet #instatravel #seeAustralia #travelblogger #travelandlife #traveladdict #discoverAustralia #travel_captures #everydayeverywhere #beautifuldestinations #worldismine #amazingplanet #aussietrips #luxurytravel #innyswiat #newsouthwales #islandlife #islandvibes #girltravel #lordhoweislandtourism #podróżniczki #onthetopoftheworld

A post shared by JULI ➕ SAM 🐨 AUSTRALIA (@whereisjuliplussam) on

Barwy zmieniają się błyskawicznie, z błękitów w róże, potem promienie przedzierają się na chwilę i róże mieszają ze słoneczną żółcią.

Gdy schodzimy na dół, jest fioletowo, aż wreszcie zapada noc, a nam pozostaje uczcić ten dzień kieliszkiem wina w jednej z niewielu knajp.

Ptaki na wyspie

Wstawanie przed wschodem to dla nas zazwyczaj wielkie wyzwanie, ale na Lord Howe nie sprawia problemu. Łatwo przestawiasz się tutaj na ten wyspiarski czas, który wysyła cię do łóżka o dwudziestej pierwszej i przebudza dokładnie wtedy, kiedy budzą się ptaki.

A tych nie brakuje i od rana dają koncert. Na wyspie żyje i odwiedza ją ponad sto siedemdziesiąt gatunków ptaków. Nawet jeśli ktoś niespecjalnie fascynuje się ptakami, będzie chciał przyjrzeć się im bliżej. Lub będzie musiał, bo trudno tego uniknąć.

Gdy coś zaszumi w krzakach, odwracasz się nerwowo, a to tylko jeden z chruścicieli-wodnik brunatny, „the Lord Howe woodhen”, przed którym ostrzegają znaki drogowe. Nie dlatego, że ptaki te są zagrożeniem dla nas, ale dlatego, że to my możemy być zagrożeniem dla nich i trzeba po prostu uważać, aby ich nie przestraszyć czy potrącić, bo zagrożone są wyginięciem. Ten skromny nielot, który biega tu i tam niczym kura.

Na wyspie można również wypatrzeć… faetona czerwonosternego, burzyka małego, petrela brunatnego, miedziankę szmaragdową czy rybołówkę polinezyjską. Tak, polskie, ptasie nazewnictwo nie należy do łatwiejszych, a może po prostu te ptaki są zupełnie nieznane?

Słońce wstaje nieśmiało, ale w końcu puszcza do nas oko zza chmury.

Dzień dobry.

Wielkie i średnie góry

Łapiemy po kubku z flat white i siadamy przy lagunie. To jeden z najładniejszych pejzaży na wyspie, który ląduje na nielicznych pocztówkach. Łódki, które niebawem zaczną służyć za taksówki dla ciekawskich nurków, jeszcze ospale kołyszą się na wodzie. W tle — dwie znamienne góry — Mount Gower oraz Mount Lidgbird.

Gower to najwyższy ze szczytów na wyspie, liczący 875 metrów, a wspinaczka na górę uznawana jest jedną z najciekawszych w Australii. Jest to długa i niełatwa wyprawa, gwarantująca niezapomniane wspomnienia, na którą brakuje nam niestety czasu. Ale nie ma tego złego — nasz zachwyt Lord Howe jest tak duży, że już planujemy powrót.

Okazuje się, że jednym z najlepszych sposobów na zwiedzenie, są rowerowe przejażdżki, a rowery wypożyczyć można tylko w jednym miejscu — Wilson’s Bike Hire. Wilson, nieco naburmuszony na początku, w końcu uśmiecha się do nas, przyjmując gotówkę, a my ruszamy góralmi przed siebie, skręcają, gdzie tylko nam się zapragnie.

Przejażdżkę przerywamy kilkugodzinnym trekingiem na Intermidiate Hill.

Ball’s Pyramid i spadające ptaki

– Patrz! – wykrzykuję podekscytowana, dostrzegając na horyzoncie Ball’s Pyramid, czyli strzelistą skałę, znajdującą się około dwudziestu kilometrów od wyspy.

“Piramida” ma wysokość ponad pięciuset metrów — to aż tyle i tylko tyle. Siedem milionów lat temu stał tu potężny wulkan, a teraz tak niewiele z niego zostało. Przyciąga wzrok i fascynuje, bo przecież wyrasta znikąd, na morzu Tasmana.

Wracamy wybrzeżem, obserwując tłoczące się na pobliskiej wysepce ptaszyska, a potem ruszamy w kierunku szlaku zwanego Little Island. Wiedzie on tuż przy wysokich ścianach gór Gower i Lidgbird.

– Krzyknij — podpuszczam Sama, bo ktoś nam wspomniał, że ten dźwięk prowokuje ptaki do pikowania.

Długo podpuszczać nie muszę…

– Łuuuchuuu! – tak mniej więcej brzmi ten okrzyk i czuję powiew skrzydła we włosach. Działa.

 

Lord Howe Island to jedyne, znane miejsce na świecie, gdzie rozmnaża się ptaki zwany petrel brunatny, czyli providence petrel, opisany niegdyś przez David Attenborougha, jako „niemożliwie wręcz przyjazny w stosunku do ludzi”.

Gorzej z przyjaźnią w stosunku do dronów, ale skąd miałby o tym wiedzieć pan Attenborough?

Rekiny przy plaży Neds

Zbieramy więc zabawki i w małym popłochu wskakujemy na rowery, a chwilę później jesteśmy już po drugiej stronie, przy najbardziej znanej z tutejszych plaż — Neds Beach.

W małej budce jest wypożyczalnia sprzętu. Oczywiście bez obsługi jakby inaczej. Wszystko oparte na zaufaniu. Wybieramy pianki, maski i płetwy, wpisujemy swoje dane na listę, a opłatę wrzucamy do skrzynki.

Okazuje się, że nawet niespecjalnie musimy się zanurzać, bo papuzie ryby dobijają na płyciznę, i przeciskają się między naszymi nogami.

Pod powierzchnią — koralowy ogród. W nim — dziesiątki kolorowych ryb. Za mną — rekin.

Panikujemy obydwoje i przyspieszamy, zamaszyście machając płetwami, ale podpływa drugi.

Dwa żarłacze galapagoskie snują się po okolicy, a ja staram się opanować pędzący oddech całkiem bezskutecznie. Mimo że wiem przecież, że rekiny te nie są specjalnie groźne, panikuję w duchu nieustannie. Rekin to rekin, czyż nie?

O poranku wracamy pod wodę, tym razem na zorganizowanej wycieczce po lagunie. I tu barwna rafa czaruje, a wśród niej ponownie pojawiają się dziesiątki ryb, rekiny, płaszczki i żółwie…

Trudno byłoby o bardziej spektakularne zakończenie tej krótkiej przygody.

Czy ja mogę się tu przeprowadzić?

Poczytaj o naszych przygodach na innych australijskich wyspach:

Kangaroo Island

Magnetic Island