Rozglądam się wokół, szukając wzroku, który zaczepi się o mój. Sari czeka na nas przed drzwiami lotniska.

– Julia? Sam? – pyta drobna, ciemnoskora dziewczyna z szerokim uśmiechem, gdy nasze spojrzenia się spotkają.

Szybko zaznacza, jakby chciała nieco się wytłumaczyć, że klimatyzacja w jej aucie nie działa. Gorąc od razu daje nam się we znaki.

– Och! Klamki — śmieje się i sprytnie otwiera drzwi, zdradzając nam swój patent. Bo klamki są pourywane.

Droga łącząca lotnisko z centrum Honiary, czyli dziurawa jednopasmówka zwana Prince Phillip Highway, jest zakorkowana. Przesuwamy się w ślimaczym tempie, omijając dziury i trąbiąc na wychudzone, przerażone nieco psy, które snują się bez celu lub w poszukiwaniu resztek jedzenia.

Targowisko orzechów betelowych

W cieniu tęczowych, przykurzonych parasoli kryją się sprzedawcy wszelakich tropikalnych owoców, a w cieniu drzew po drugiej stronie — sprzedawcy sławnych orzechów betelowych.

Tu jest targowisko prowadzone przez Adwentystów Dnia Siódmego, zamknięte w soboty — Sari wskazuje na plac po prawej. — Główny market w centrum jest za to zamknięty w niedziele, więc dobrze się składa. Świeże warzywa i ryby można kupić każdego dnia.

Wyspy Salomona rozrzucone na Pacyfiku, niedaleko Papui Nowej Gwinei a Honiara to stolica kraju. Miasto znajduje się na wyspie Gudalcanal. To tu jest się główny port, siedziba rządu i międzynarodowe lotnisko (bezpośrednie loty z Brisbane obsługują linie Solomon Airlines).

Miasto Honiara

Honiara nie jest urodziwa — tak w skrócie można by ją opisać. Brytyjska kolonizacja nie dodała miejscu uroku, a bestialskie zamieszki między mieszkańcami różnych prowincji, które skończyły się kilka lat temu, tylko pogorszyły sprawę. W Honiarze nie ma ładnych, zabytkowych budynków. Jest za to architektoniczny i uliczny chaos, trochę zbójów, a do tego skwar. Słońce praży niemiłosiernie, a wysoka wilgotność powietrza zalewa cię gorącym potem (dobrze, że własnym).

Szczęśliwie czasem zawiewa znad zatoki, a granat morza maluje się aż po horyzont.

Zachodzimy do małego sklepiku, który bardziej przypomina garaż, po butelkę wody. Na niskich regałach stoi cała kolekcja tuńczyków w puszcze, a obok Milo, czyli australijskie kakao. Azjatycki z wyglądu sprzedawca nieszczególnie poświęca nam uwagę. Szybko orientujemy się, że większość sąsiadujących ze sobą sklepów sprzedaje dokładnie to samo. I, że większość z nich prowadzona jest przez Chińczyków, co nie do końca podoba się trochę bardziej beztroskim miejscowym.

Barwne targowisko

Główne targowisko w mieście należy za to do lokalnych kobiet.

Central Market w Honiarze

W części rybnej leżą wielkie, świeże tuńczyki. Sprzedawczyni macha patykiem z tasiemkami z torebek foliowych, odpędzając natrętne muchy.

– Trzymaj plecak z przodu — przypomina nasza znajoma, bo kieszonkowcy nie śpią.

Sprzedawczyni orzeszków ziemnych

Na stoliku obok starsza pani odmierza kupki orzeszków ziemnych, używając do tego odciętej góry plastikowej butelki. Wszystkie kopczyki są takie same. Szpinak i sałata leżą w równych rządkach, a butelki kokosowych olejów stoją w równych rządkach. Są też ananasy, mango, banany, papaje i taro. I nieco biżuterii zrobionej z „shell money”, czyli przerobionych w małe krążki muszli, które kiedyś służyły za tutejszą walutę. Długie łańcuchy z nich zrobione do dziś wykorzystuje się jako formę opłaty za żonę, czyli tzw. bride price.

– Jestem Mary — przedstawia się młoda dziewczyna w pomarańczowej podkoszulce, od której za 10 salomońskich dolarow kupuję bransoletkę.

– Sama zrobiłaś? — dopytuję, a ona unosi brwi przytakując.

Ta ruch mimiczny, którzy w naszej kulturze znaczy raczej „Ziomek, masz problem?!”, tu pojawia się przy pozdrawianiu, wyrażaniu zgody i jest bardzo pozytywny.

I ja zadzieram brwi.

– Owoce i warzywa są tu bardzo świeże — komentuje Sari. — Ale gospodynie wyprzedają tu wszystko, nie zostawiają nic dla siebie, a w domu nie odżywiają się zbyt zdrowo. Nie potrafię tego zrozumieć.

Podczas tego krótkiego spaceru nie spotykamy żadnych turystów. Ci zaglądają do Honiary głównie wtedy, gdy do brzegu przybija statek rejsowy. Dziś nie ma tego w planie.

Nikt specjalnie nie zwraca na nas uwagi. Nikt nie chce nam nic sprzedać. Nie zaczepiają nas przejeżdżający co chwilę taksówkarze.

Wszyscy za to uśmiechają się szeroko. W bardzo krwistym uśmiechu.

Bloody Betel Nuts

Na chodnikach widać czerwone kropki. Krwiste zacieki są też na ścianach, koszach na śmieci, czasem na bezdomnych psach. To tu, to tam wisi znak – „Zakaz żucia orzecha betelu i palenia fajek.” Widać go na lotniskach, w knajpach, szpitalach i recepcjach hoteli. Wszędzie indziej żuć można. Pluć już niekoniecznie.

Zakaz plucia

Tzw. betel nut to czwarta z używek po kawie, papierosach i alkoholu. Uwielbiają ją mieszkańcy Wysp Salomona, a czujesz się po niej jak na lekkim rauszu. Nazwę zawdzięcza jednemu ze składników — pieprzowi żuwnemu, czyli betelowemu, który wyglądem przypomina strąk fasolki, a miejscowi noszą go za uchem niczym papierosa. Razem z tym strączkiem pieprzu żuje się tytułowy orzech palmy arekowej, dodaje się odrobinę wapna, które podnosi współczynnik śliny. Wszystko razem sprawia, że życie wydaje się łatwiejsze.

Sorry, I’m a betel nut chewer — przeprasza nas brat Sari podczas kolacji; mówi dość niewyraźnie, zagryzając orzecha.

Sari z rodziną

Ten nieco pulchny gość z długimi dredami i tym czerwonawym uśmiechem jest politykiem i członkiem parlamentu. Na Wyspach Salomona orzechy betelowe żują wszyscy — kobiety, mężczyźni, dorośli i dzieci. Bogaci i biedni. I zawsze znajdziecie się na niego grosik.

Zdecydowanie uzależnia.

Na lewo od centrum

Wybrzeże przy Honiarze

Opuszczamy miasto i jedziemy w kierunku White River, złapać trochę powietrza. Miasto szybko zmienia się we wioski, a droga robi się bardziej dziurawa. Po prawej morze, po lewej potężne, piękne drzewa dające upragniony cień.

– Przykro będzie, gdy pewnego dnia je wytną — smutnym głosem komentuje Sari. – Tak jak te — wskazuje na polanę. — Wycinają wszystko i nie myślą o przyszłości.

W ubiegłym roku wycinka drzew na Wyspach Salomona kilkunastokrotnie przekroczyła te zdrowe, dopuszczalne normy. Masowo wycinane drzewa eksportowane są głównie do Chin, a dochód stanowi jeden z dwóch, obok rybołówstwa, głównych filarów gospodarki państwa.

Suniemy wzdłuż zatoki szutrową, patchworkowatą trasą. Wąskie ścieżki prowadzą w stronę wody. Obok — plaże. Nie są zjawiskowe, szerokie, czarujące i niestety miejscami zasłonięte śmieciowym dywanem. Wjazd na teren jest płatny, bo plaże są prywatne, a własność to tu ważna sprawa. Trzeba uważać, gdzie się chodzi, bo gdy okaże się, że leśna trasa leży na czyimś terenie, można wpaść w kłopoty. Tzw. kastom fee obowiązuje każdego.

Siadamy na małej ławeczce. Bryza ociera pot z czoła, a obok szumią palmowe liście. 

Z tafli wody wystaje kawałek zardzewiałego kadłuba. To jeden z zatopionych podczas II Wojny Światowej statków. Na Wyspach Salomona nie brakuje takich „pamiątek”, a wybrzeże wyspy Guadalcanal jest nimi wręcz naszpikowane. Walki między Japonią a Stanami toczyły się tu między 1942 a 1943 rokiem.

Z wody niespodziewanie wychodzi para nurków.

Oaza w Chinatown

Każde miasto na świecie ma swoje Chinatown. Chińska dzielnica znajduje się też w stolicy Wysp Salomona, chociaż szczególnie nie odróżnia się od reszty miasta.

Na szczycie tutejszy pałac, czyli Hotel Honiara. Drugi najstarszy hotel w mieście, prowadzony przez Sir Thomasa Changa, chińskiego biznesmena, byłego polityka, którego na Wyspach zna chyba każdy. Przy bramie kwiaty zrobione z włókna szklanego, a w środku, przy basenie, syrena. O, jaka wielka! Dziwna pasja właściciela. Są też plakaty z odwiedzin rodziny królewskiej i zdjęcia Sir Tomiego z wizyty w Pałacu Buckingham.

Hotel Honiara

– Chcecie odpocząć? – pyta nasza nowa znajoma podczas kolacji we francuskiej restauracji hotelowej.

– Tak, i poznać nieco salomońską kulturę – odpowiadam, popijają słodki sok z dzikiej limonki; uwielbiany tu napój orzeźwiający.

– Lećcie do Mundy. To mój dom.

Nie musi nas przekonywać.