Pod rozłożystym drzewem zgromadził się tłum. Życie na Wyspach Salomona toczy się jak co dzień.

– To musi być przystanek autobusowy — stwierdzam pewnie.

Podchodzimy dość nieśmiało, ale nikt nie wsiada. Zerkam na kierowcę z pytającą miną (wciąż nieśmiało). Ten podkręca muzykę, a przez okno spluwa krwistym śliną. Podchodzi drugi.

Wtem wszyscy zrywają się na równe nogi. Obecność biletowego musi wskazywać na zbliżający się odjazd.

Na ekranie raperskie teledyski. Deska rozdzielcza przykryta kolorowym futrem. Dwadzieścia par oczu bacznie nas obserwuje, a autobusik sunie po zaskakująco równej nawierzchni w kierunku Noro.

Wysiadamy przy skrzyżowaniu, gdzie przystanek po raz kolejny wyznacza wielki konar. Kierowca macha ręką na prawo, gdy pytamy o przetwórnię tuńczyków. W sumie niepotrzebnie, bo trudno nie dostrzec potężnych hangarów.

Wolontariusze w Noro

Południowy Pacyfik to jedno z najpopularniejszych miejsc na połów tuńczyków na świecie, a wody Wysp Salomona są (za) obficie eksplorowane. Od początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku rybołówstwo stanowi tu bardzo ważną gałąź gospodarki. W Noro znajduje się prężnie działająca przetwórnia, zatrudniająca okolicznych mieszkańców oraz przyjezdnych z innych wysp. Z tej puszkarni na sklepowe półki w wielu krajach trafia tuńczyk w puszcze – Soltuna.

– Szukamy australijskich wolontariuszy — tłumaczymy panu ochroniarzowi, który pilnuje wejścia przy żółtej, podrdzewiałej bramie.

Po krótkiej konsultacji z kolegą po fachu odsyła nas w tym samym kierunku, z którego przyszliśmy. Okazuje się, że wolontariusze nie pracują bezpośrednio w fabryce, ale w wiosce obok, gdzie mieści się kwatera dla pracownic, Soltuna Hostel. Krótko mówiąc — kawał drogi stąd. W tak upalny dzień, jak dzisiaj, a słońce praży już przed południem, spacer odpada.

Szczęśliwie, jedną z tych rzeczy, których nie brakuje na wyspie, są taksówki. Dogadujemy cenę przed odjazdem i ruszamy w drogę starym, rozklekotanym mercedesem. Sam mocno trzyma drzwi czy też się drzwi, bo zamiast klamki wisi jedynie sznurek.

– Dużo masz pracy? — pyta kierowcy.

– Nie bardzo. Na wyspie nie brakuje taksówek — tłumaczy to, czego nie da się nie zauważyć. – Ale co mam robić? – odpowiada nieco retorycznie. — Jestem jednym z „sześcioklasistów-odrzutków”.

To nie pierwszy raz, kiedy słyszymy podobne określenie. O dzieciach, które po nieudanych egzaminach w klasie szóstej nie dostają szansy na dalszą edukację, wspominała już nasza koleżanka z Honiary, Sari. Kiepski system zdaje się kategoryzować społeczeństwo i tworzyć wyraźną grupę skazanych na porażki.

SewAid w akcji

Taksówkarz wie, gdzie nas zostawić. W tak małej społeczności wszyscy, wszystko wiedzą. Szybko znajdujemy Australijczyków, a właściwie to Australijki, które poznaliśmy wczoraj: dwie pielęgniarki, trzy krawcowe, hafciarkę i panią nauczającą publicznego przemawiania. Jest też szef eskapady wraz z żoną – biznesmen od lat siedzący w branży szwalniczej i odzieżowej, i od lat działający na rzecz kobiet w potrzebie — Tony Castley — założyciel SewAid.

Tony Castley z żoną

SewAid jest organizacją pomagającą kobietom z biednych krajów, to program, który ma na celu naukę krawiectwa. Fach w ręku i niezbędne wyposażenie (które również zapewnia SewAid) dają kobietom dodatkowe możliwości pracy, a przez to niezależność. W miejscu takim jak Wyspy Salomona, gdzie przemoc domowa wobec kobiet jest na porządku dziennym (dając krajowi niechlubne miejsce w czołówkach tragicznych rankingów), to wspomniane poczucie niezależności pozwala nieraz wyrwać się z niebezpiecznej układanki.

Podczas warsztatów prowadzonych przez SewAid

Tony z przyjemnością dzieli się z nami tą trwającą od lat przygodą, opowiada o sukcesach i porażkach, w międzyczasie serwisując jedną ze starych maszyn przytarganych ze wsi.

Pod ścianą stoi kilkanaście nowych, podarowanych przez organizatora i firmę Soltuna, która zaangażowała się akcję.

Przy długich stołach warsztaty prowadzone są podgrupach. Początkujące pracują dzielnie pod okiem Very, średnio zaawansowane wraz z Glendą i Leą dumnie prezentują nowo uszyte koszule. Na końcu utalentowana Judy pomaga zaawansowanym uczestniczkom projektować sukienki. I tak przez dwa tygodnie o 9:00 rano do 16:30.

Wszystko dla kobiet

W pomieszczeniu obok dwie niezależne wolontariuszki, pielęgniarki, tłumaczą krok po kroku przebieg ciąży.

Pielęgniarki wraz z tuziemkami

– Wspólnie zrobiłyśmy takie fartuchy — jedna z nich prezentuje biały strój z wymalowanym bobasem w łonie matki. — Większość z tych kobiet nie wie, co dzieje się z ich ciałem, gdy są przy nadziei. Zasadniczo nie wiedzą wiele o swoim ciele — unosi jedną z warstw fartucha; na wewnętrznej stronie wymalowane jest kobieco łono.

Przygotowane podczas zajęć fartuchy

W ten pomysłowy i bardzo obrazowy sposób edukują lokalną społeczność. W czasie gdy Sam zwiedza okolicę, ja przyglądam się ich pracy z podziwem i przysłuchuję ciekawym rozmowom.

Przedszkolanka

– Chciałabym, żebyś poznała Ritę.

Przede mną nieco krępa kobieta. Zza ucha wystaje kwiat hibiskusa.

Rita – właścicielka przedszkola

Rita jest założycielką i dyrektorką prywatnego przedszkola, a na Salomonach prowadzenie własnego biznesu przez kobiety wciąż jest czymś rzadko spotykanym. Zaczęło się od pokoju spotkań pod domem, dziś Rita prowadzi placówkę w odpowiednio przygotowanym domu, w uliczce na tyłach hostelu Soltuna.

– Możemy się tam przejść? — pytam.

Dzieciaki reagują radośnie na widok cioci Rity. Za to moją obecnością są zdziwione. Znowu, kilkanaście par ciekawskich oczu zerka w moim kierunku.

– Przedszkole nie jest tylko dla dzieci, jest też dla mam — tłumaczy. — Mogą nauczyć się tutaj, co to znaczy wychowywać dzieci, co to znaczy uczyć je i dawać im szansę na dobrą przyszłość.

Wyspy Salomona wieczorem

Ten dzień daje nam lepszy obraz wyspiarskiej codzienności. Perspektywę poszerzamy podczas wieczornego spaceru już w Mundzie.

Zachodzimy do wioski, gdzie mieszka nasz znajomy, lokalny przewodnik, Silka.

– Julia i Sam? — zagaduje do nas ładna ciemnoskóra dziewczyna o blond włosach; przytakuję. — Jestem żoną Silki, on zaraz wróci, poszedł tylko dokupić orzechów betelowych — uśmiecha się.

Uśmiechamy się też my, ucinając sobie miłą pogawędkę. W pobliżu kręcą się jej synowie. Jest ich trzech. Najmłodszy ma kilkanaście miesięcy.

Mały Daniel z tatą

– Ma na imię Daniel — tłumaczy Silka, gdy w końcu wraca z wieczornych zakupów — po moim australijskim koledze — opowiada. —Przyjeżdżał tu z ojcem regularnie, gdy był małym chłopcem, przychodził do mnie, zabierałem go na ryby. — Silka robi się sentymentalny. — Jest już dorosły, ale do dziś lubi spędzać w Mundzie wakacje. Wyjechał kilka tygodni temu.

Mały Daniel zawadiacko podnosi brew i zerka na nas zza nogi mamy. Ta spluwa w prawo czerwoną mazią i bierze go na ręce.

Sorry, I’m a betel nut chewer too — zaśmiewa się trochę speszona.

– A wasi synowie żują? — podpytuję ciekawsko.

– Ten nie znosi tego smaku — Silka pokazuje na średniego syna. — Ale ten owszem — klepie po plecach tego najstarszego; zabarwione usta mówią same za siebie.

Ciekawe rozmowy kończy barwny zachód słońca. Dzieciaki skaczą z daszku małej chatki prosto do spokojnych wód zatoki. W powietrzu zaczyna roznosić się zapach dymu, a palmowe liście szumią na wietrze, zakłócając ciszę.

Dzieciaki skaczą z pomostu

Nasza miłość do Wysp Salomona i ich mieszkańców rozkwita. Jeszcze tu wrócimy.