Za czym można tęsknić na emigracji? O czym marzy człowiek mieszkający za granicą z daleka od smaków, zapachów i wspomnień? Czy tęsknota za pierogami naprawdę istnieje?! Czy to tylko wymysły naszej wyobraźni?

Odpowiedzi na to i inne ważne pytania związanie z tęsknotami emigrantów, Polaków, których wywiało w świat, znajdziecie w tym wpisie.

Siedem lat mieszkania w Australii nauczyło mnie, że tęsknota nie znika. Ewentualnie przysypia na chwilę, łudząc cię, że już nie wróci tylko po to, żeby wrócić. Bo tęsknota to nieuleczalna choroba emigranta, z którą trzeba się bezustannie borykać.

Głowa idealizuje i człowiek cierpi. Za czym tęskni? To zależy, bo tęsknota, jak kobieta, zmienną jest. Raz się tęskni za twarożkiem z rzodkiewką, raz za Bożym Narodzeniem z zapachem choinki, raz za Warką Strong nad jeziorem. Innym razem zamiast twarożku z rzodkiewką na śniadanie jest soczyste mango, zamiast choinki w Boże Narodzenie są palmy, a zamiast Warki Strong — doskonałe, schłodzone białe wino na kempingu w Boodjamula National Park — i się nie tęskni wcale. Raz człowiek chce do rodzinnego domu, a chwilę potem przypomina sobie, że teraz dom jest przecież też tutaj i siada wygodnie w ukochanym fotelu z książką Olgi Tokarczuk, popijając kawę. Kolejnego dnia chlipie w poduszkę za czymś nowym. Bo znowu tęskni? Tęskni.

Za czym można tęsknić na emigracji?

Za bratnimi duszami, uśmiechami na znajomych twarzach, za ludźmi

Najbardziej tęskni się za ludźmi. Trudno byłoby inaczej, gdy miało się ich tak blisko przez większość życia, a teraz nagle są tak daleko. Za rodzicami, niedzielnymi obiadami, które w naturalny sposób stały się ulubioną rutyną, za sprzeczkami, pogaduchami, wylewaniem łez w maminy rękaw. Za poranną kawą z siostrą i rozmowami przerywanymi przez pospieszny, który przejeżdża za płotem jej domu. Za wyjściem na spacer z psem. I z przyjaciółką. Za wpadaniem bez zapowiedzi do ulubionych ludzi i zostawaniem na noc. Za byciem na imprezach, urodzinach i w te kiepskie dni. Za szczerymi uściskami dzieciaków, które tak szybko się zmieniają, że nie nadążasz. Tęskni się tak bardzo, bo wiesz, że oni też tęsknią, więc tęsknota ta ma podwójną moc.

Za swobodą wyrażania myśli i uczyć, po polsku

Żartowanie, krzyczenie, smutki i radości najłatwiej układają się w słowa po polsku. Ta swoboda wyrażania emocji w rodzimym języku to coś, czego bardzo brakuje. Gdy przychodzi kryzys niezadowolenia, zwany awanturą domową, przerzucanie się na polski dzieje się bezwiednie, co jest na to najlepszym dowodem. Szczęśliwie dla mnie (a może nie) Sam po polsku rozumie nie tylko przekleństwa, więc wymiana argumentów może toczyć się tak, jak każdemu wygodnie. Bywa też, że tej swobody brakuje w pracy. Wtedy, kiedy chciałoby się projekt opisać barwnymi porównaniami, których po angielsku jeszcze się nie opanowało lub zwyczajnie trudno odnieść się do rzeczywistości, w której człowiek nie dorastał. I te dziwne momenty, kiedy prowadzisz z australijską szefową czy znajomym dyskujsę i wylewa się z ciebie polskie zdanie. Ktoś udaje, że nie słyszał, ty, że to się przecież nie stało.

Kaszuby i spokojne widoki

Za deszczem w słoneczne dni i spadkami temperatur, za pogodą

Tu, gdzie mieszkam, w Brisbane, słońce świeci przez ponad 280 dni w roku. Subtropikalny klimat sprawia, że twoja skóra praktycznie nigdy nie wysycha, a adaptacja do pogody, że wełniane skarpety zaciągasz pod kolana już przy 18 stopniach. Zróżnicowanie pogodowe i pory roku, w których świat i twój nastrój wyglądają inaczej, sprawiają, że bardziej doceniasz to, co dobre. Ceglane liście spadające z drzew, skrzypiący śnieg pod podeszwami i zapach pierwszej skoszonej na wiosnę trawy pobudzają zupełnie inne zakątki twojej głowy, niż jednostajny upał. Tak bardzo, jak kocham to błękitne niebo, które mam za oknem na co dzień, tak samo mocno tęsknię za tym szarym i niekończącą się mżawką. I te długi dni latem — tego bardzo mi brakuje.

Za malinami jedzonymi garściami, za ogórkami małosolnymi, za jedzeniem

Smaki można odtwarzać, a im dłużej jest się emigrantem, tym łatwiej przychodzi robienie kopytek czy pomidorowej, jednak… to nie to samo. Są produkty, które w Polsce znaleźć można w każdym spożywczaku, a zdobycie ich na emigracji to niemal misja niemożliwa. Weźmy na ten przykład twarożek. Australijczyk obróci się poruszony, bo jak ty możesz TO jeść, a ty wydałeś właśnie na TO dziesięć dolarów i wiozłeś w walizce z Melbourne przez 2000 kilometrów. Kwaśne wiśnie, bób z koperkiem, bitki w sosie chrzanowym, majonez Kielecki i ogórkowa zawsze wtedy, kiedy masz na nią ochotę — tego nie ma. Maliny są droższe niż złoto, więc dawkujesz sobie po jednej, zamiast jeść garściami. Jagód nie ma, agrestu, porzeczek, borowików, świeżych krówek, jeszcze ciepłych prosto z manufaktury też nie. Szczęśliwie pieczenie chleba z chrupiącą skórką opanowane mamy do perfekcji.

Widoki na plaże w Polsce

Za kałużami na ulicy Podgórnej, za goframi w Sopocie, za miejscami

Za czym można tęsknić na emigracji? Są takie miejsca, które znasz na tyle dobrze, że wiesz, gdzie robią się kałuże. Dla mnie to Milanówek — miasto z którego pochodzę, dom. Są takie miejsca, do których masz sentyment, bo tam odbywały się szaleństwa dziecięcych wakacji. Dla mnie to Mazury. Są takie miejsce, gdzie robiłeś „te wszystkie głupie rzeczy” na wyjazdach przyjaciółmi. Dla mnie to Sopot, a może Jastarnia. Miejsca szczególne, pełne sentymentów. Mam ulubione ulice w Warszawie, knajpy na Powiślu, parki na Żoliborzu, kiosk na Mokotowie (swoją drogą kioski też są super). Lubię wróble i bociany, wiewiórki i jeże wędrujące po ogrodzie, dziki przekopujące lasy. Pachnące lasy. I tak mam już swoje ulubione zakątki w Brisbane, ulubione plaże, ulubione kempingi. Lubię kukabury i kakadu, kangury i wombaty, ale to nie o porównania tu chodzi.

Za włosami jak z żurnala, za sklepami, usługami, produktami

Dobry fryzjer, do którego chce się wracać, bo za każdym razem, gdy się od niego wychodzi, to z zadowoleniem, to jedna z tych rzeczy, których brakuje mi w Australii. Trudno o dobrą jakość nie za miliony monet. Ulubiony sklep z bielizną, czy majonez, szeroki wybór produktów z każdej kategorii — takie przyziemne sprawy, które nagle stają się sferą marzeń. Z wielu swoich przyzwyczajeń człowiek zdaje sobie sprawę dopiero po przeprowadzce, a potrzeba czasu, aby wyrobić nowe.

Za czym można tęsknić na emigracji? Za czym zatęsknię jutro? Może za centralnym ogrzewaniem, jak przez te kilka tygodni w roku na zewnątrz i w domu będzie 5 stopni? Może za chodzeniem na grzyby, bo przyjdzie jesień? Może za bliskością Berlina czy Barcelony, gdy po piętnastu godzinach w aucie wciąż będziemy w tym samym stanie? A może za niczym?