Tą lekcję dostałam jeszcze za czasów pracy w telewizji. Trafiłam nieco z przypadku do redakcji codziennego programu, gdzie miałam być jednym z reporterów. I niby wszystko brzmiało fajnie, ale… chciałam spróbować czegoś nowego i zająć się reżyserią programu, który nadawany był na żywo. Miałam już wtedy nieco doświadczenia w temacie, ale nigdy wcześniej nic wspólnego z transmisjami tu i teraz.

– Wiesz, bo sporo o tym myślałam i to, czym chciałabym się zająć najbardziej to reżyseria – umówiłam się na spotkanie z producentem i wyłożyłam kawę na ławę.

Popatrzył na mnie i uśmiechnął się ciekawsko. Dopytał o więcej szczegółów i, ku mojemu największemu zaskoczeniu, zgodził się! Od jutra. Od jutra miałam pracować jako drugi reżyser, a po kilku miesiąc, jeśli wszystko pójdzie dobrze, miałam zacząć działać samodzielnie.

– Pracuje w tej branży długo, a ty jesteś pierwszą osobą, która powiedziała mi czego tak naprawdę chce i potrafiła to uargumentować – wyjaśnił.

To właśnie wtedy nauczyłam się pytać. Pytać zawsze i o wszystko. Sięgać, bo okazje rzadko łapią za ramię. A najgorsze, co może ci się przytrafić to odmowa. Zwykła odmowa.

Pytam i próbuje, bo porażki uczą ciekawych rzeczy, jeśli tylko umie się z nich wyciągać wnioski, a sukcesy dają sporo radości i bezcennego doświadczenia.

Dlaczego jestem w Manili

Czemu o tym piszę? Bo od dwóch tygodni mieszakam w Manili. Tylko dlatego, że zapytałam.

Firma, w której pracuję, ma dwa biura – jedno w Brisbane, drugie na Filipinach – a pomysł przyjazdu tu kiełkował w mojej głowie już od dawna.

– Czy zgodziłbyś się, żebym przez jakiś miesiąc pracowała wz Manili? – spytałam w końcu szefa.

Za tym pytaniem poleciało krótkie wytłumaczenie. Znów, ku mojemu zaskoczeniu, szef się zgodził.

Niedługo później pakowałam walizkę.

I o to jestem! Na trzydziestym dziewiątym piętrze, z widokami na tą rozległą metropolię, poznaję życie w Manili.

Nie wiem, czy kiedykolwiek słyszałam o Manili cokolwiek dobrego. Chyba nie. Spodziewałam się najgorszego i pewnie dlatego dość łatwo było mnie pozytywnie zaskoczyć.

Miasto Manila

Manila jest stolicą Filipin i należy to regionu gospodarczego Metro Manila, który zwany jest w skrócie… Manila. Zajęło mi chwilę, żeby zrozumieć, co jest tu czym, ale postaram się to ubrać w kilka prostych zdań.

W skład Metro Manila wchodzi kilkanaście miast, między innymi City of Manila (czyli stolica), Quezon City (czyli była stolica) czy Pasig, Makati, Mandaluyong lub Pasay. Miasta te zwane są też przez niektórych dzielnicami.

W regionie mieszka ponad dwadzieścia milionów ludzi, a samo City of Manila jest najbardziej zatłoczonym miastem świata (a może dzielnicą?) i tym, gdzie po karierę czy lepsze życia sięga (a przynajmniej pragnie sięgać) wielu miejscowych.

To, co tu zastałam w niczym nie przypominało moich mrocznych wizji.

Pierwsze wrażenia. Życie w Manili

Mieszkam w Pasig, czyli bardziej nowoczesnym, mieszkalno-biznesowym mieście/dzielnicy.

Na ulicach faktycznie panuje chaos, ale przejście na drugą stronę drogi nie jest większym wyzwaniem niż przykładowo w Bangkoku. Nieraz szybciej dojdzie się do celu na pieszo, a jeśli nie da się iść, lepiej dołożyć dodatkową godzinę w planie, bo korki są nieprzewidywalne.

Smog i smród – tak są dni, kiedy horyzont kończy się, jakby nieco wcześniej skradziony przez dym, a powietrze przydusza, ale są też takie kiedy niebo jest tak zaskakująco błękitne i widać góry w oddali.

Śmieci na ulicach – nie w mieście Pasig, a brudna rzeka o tym samym imieniu, która przecina region, została niedawno oczyszczona. Rejs po niej był przyjemnością.

Co ważne, przeżyłam ponad dwa tygodnie, bez noża w plecach, za do przyjęłam milion uśmiechów. Odpukać, nikt nie wyciągnął mi jeszcze oszczędności z portfela, ale, biorąc przykład z miejscowych, plecak zamiast na plecach, noszę z przodu.

A, no i to okropne, filipińskie jedzenie! Jeszcze na nie trafiłam. Wszystko jest tu smaczne.

– Ale ta bieda! – krzykniecie. – Oszuści! – dodacie.

Tak. Zdaje sobie sprawę, że mieszkam w swoistej bańce. Tych baniek w Metro Manila jest wiele, a wokół nich ciągną się nieszczęścia, czyli bezdomni, głód, choroby, slumsy. Nie można temu zaprzeczyć. Niestety.

Nie udam się na tak popularną, zorganizowaną wycieczkę do ubogich zakątków, bo oglądanie “biednych” przez “bogatych” uważam za kiepską rozrywkę. Ale nie siedzę również zamknięta w tej swojej bańce – mijam różne miejsca, obserwuję, rozmawiam, uczę się. Raz się zachwycam, a innym załamuję, bo przepaści w metropoliach krajów rozwijających się są tak ogromne, że pewnie niemożliwe do załatania. Ale te przepaści istnieją bez względu tu na to, czy jestem tu czy w Australii. Tylko bardziej bolą, gdy widzisz je na własne oczy, a nie na zdjęciach na blogu.

I pewnie przez ten miesiąc nie dowiem się wszystkiego, bo to niemożliwe, ale postaram się wyciągnąć z tego wyjazdu (który sama finansuję) jak najwięcej. Nie szkoda mi ani grosza, ani minuty, bo wiem, że to bezcenna inwestycja, szansa na poznanie kultury nowego kraju, jego codzienności, rozwój osobisty i zawodowy, podróże w nowe miejsca i – fantastyczne znajomości.

Jeśli chcecie podglądać moje życie w Manili na żywo, koniecznie zajrzyjcie na Instagram!