Wakacje na Hawajach wcale nie były na naszej liście marzeń. Wydarzyły się trochę przypadkiem i, równie przypadkowo, zauroczyliśmy się. Kraina aloha robi po prostu dobre wrażenie. Czy tylko pierwsze?

Tak bardzo miałam ochotę się wyspać! Ostatnie tygodnie sponiewierały mnie doszczętnie, więc na myśl o nocnym locie i długich godzinach spędzonych na pokładzie, piałam z zachwytu. To była przecież okazja – lot z Australii na Hawaje przez ogromny Pacyfik.

– A na miejscu bierzemy hotel przy plaży i leżymy plackiem – kilkukrotnie napomknęłam Samowi, bo czułam potrzebę wywczasowania się.

Nie spałam całą drogą, wierciłam się w fotelu jak nigdy. Sam chrapał na sąsiednim, a ja miałam ochotę szturchnąć go łokciem, żeby razem ze mną cierpiał boleści. Nie pomogły nawet cztery kieliszki wina. Plan o długim śnie – przepadł. Plan 0 leniwych wczasach – rownież.

Aloha O’ahu!

Na lotnisku w Honolulu, gdzie niewiele raczej zmieniło się od lat siedemdziesiątych (chociaż dziesięć lat temu była tu jakaś modernizacja; stare, drewniane żyrandole i barierki jednak na nią nie wskazują) przywitał nas zaduch. Tropiki. Poranny deszcz dopiero, co przestał padać, a temperatura rosła, co szybko dało się wyczuć.

Odprawa poszła zaskakująco szybko (wszyscy mnie straszyli, że w Stanach to może trwać wieki, ale jakoś się udało), a po drugiej stronie czekał na nas Marcin. Kiwnął tylko ręką w ten szczególny sposób, a ja od razu wiedziałam, że to on.

Shaka – Marcin zadarł do góry kciuka i mały palec. – To pozdrowienie, które musicie znać. Znaczy hang loose. To takie tutejsze, pokojowe cześć.

przewdonik-na-hawajach-marcin-i-my

Kilka tygodni wcześniej pracowałam jako przewodnik po Brisbane dla polskiego biura podróży (jeśli potrzebujecie australijskiego przewodnika – zajrzyjcie tutaj).

Jeden z pilotów tamtej wycieczki skontaktował mnie z Marcinem – przewodnikiem po Ameryce, który od jakiegoś czasu mieszka na Hawajach.

Była siódma rano, więc o śnie mogliśmy zapomnieć (doba hotelowa w hawajskich hotelach zaczyna się o szesnastej), zresztą – Marcin miał dla nas inne plany: pokazać nam wyspę O’ahu. „Cudownie”, pomyślałam.

O Hawajach

O’ahu to najpopularniejsza i najliczniej zamieszkana z hawajskich wysp. To tu znajduje się międzynarodowe lotnisko, baza wojskowa, największe miasto stanu, będące jednocześnie jego stolicą, Honolulu (Hawaje to najmłodszy z pięćdziesięciu stanów Ameryki i jedyny położony na wyspach), sławna plaża Waikiki oraz historyczny Pearl Harbor.

Ale głównych, zamieszkałych wysp jest w sumie sześć: Kauai, Maui, Molokai, Lanai, Hawaii Island (zwana też Big Island) oraz O’ahu – każda inna (o tym, na którą jechać, w kolejnych wpisach). Hawaje to miejsce z najaktywniejszymi wulkanami świata, raj dla miłośnków ananasów (czytaj: dla Julii) i wyluzowana kraina aloha – sympatycznej filozofii życia Hawajczyków.

Downtown

Za samochodowych oknem spodziewałam się ujrzeć bogactwo, luksusy, raj – tymczasem sunęliśmy w niewielkim korku, po wielopasmowej autostradzie, a budynki wcale nie zdawały się być bardzo zadbane. Tylko te wielkie terenówki, na szalenie wysokich zawieszeniach, autobusy z wysuniętą maską i ciężarówki z kominami oraz powiewające amerykańskie flagi udowadniały, że jesteśmy w Ameryce.

Zajechaliśmy do downtown (czyli historycznego centrum miasta) pod Pałac Iolani – jedyny królewski pałac w Ameryce (architektonicznie – mistrzostwo). Na przeciw niego stoi monument Króla Kamehameha Wielkiego – założyciela Królestwa Hawajów, który w 1810 roku zjednoczył zwaśnione rody, małe królestwa i wyspy, i zapoczątkował rządy monarchii, które trwały do 1893 roku (potem Hawaje były przez chwilę Republiką, aż wreszcie zostały przyłączone do Stanów Zjednoczonych).

Za pałacem stoi State Capitol Building – budynek rządowy dość niezwykle zaprojektowany, gdzie trzon stanowić ma konstrukcja na wzór wulkanu, a kolumny przypominają wysokie palmy. Wszędzie wokół cień rzucały tzw. drzewa parasolowe, a nad głowami przeleciały nam trzy papugi.

– Papugi… Dziwne, musiały komuś uciec, bo na Hawajach nie ma papug – zauważył Marcin. – A to są hawajskie gołębie – wskazał na małe ptaszki, które, faktycznie, wyglądały na gołębie skurczone w praniu.

Spod Aloha Tower – wieży zbudowanej jeszcze na początku dwudziestego wieku, gdzie witano pasażerów wielkich statków – ruszyliśmy w kierunku plaż. Hawaje to w końcu plaże, fale i wulkany, czyż nie?

Po śniadanie stanęliśmy w kolejce razem z miejscowymi (i policją) do Rainbow Drive-In, po sławne Loco Moco, czyli ryż z jajkiem i sosem gravy – tradycyjne hawajskie danie, tak znane, że nawet doczekało się podkoszulek i szortów z nadrukiem. Mimo, że nie wygląda na pięciogwiazdkowy przysmak – jest apetyczne.

loco-moco

– Pycha! – westchnął Sam. Nie wiem czy to z głodu, czy z zachwytu.

Wybrzeże

Tuż za lasem wieżowców, przyklejonych do wybrzeża w Waikiki, wyrósł stary, dawno wygasły wulkan – Diamond Head – to tu robi się pocztówkowe zdjęcia z Hawajów, ale mimo, że każdego dnia zaglądają tu setki odwiedzających, wspinaczka jest męcząca, szczególnie w upalny dzień.

Nieco dalej są kolejne dwa, już wygasłe, stożki wulkanów: Koko Head (również można wejść na jego szczyt, ale tu kondycja ma już podobno duże znaczenie, bo ścieżka ze starych podkładów kolejowych pnie się wręcz pionowo) oraz Hanauma (w zapadnięty kraterze powstała tu bajkowa zatoczka).

Hanauma Bay to miejsce, gdzie przyjeżdża się posnorklować, bo w przybrzeżnej rafie różnorodność zwierząt morskich jest ponoć niezwykła.

Kolejnym przystankiem był Makapu’u Point – ulubione punkt naszego przewodnika. I nie da się zaprzeczyć, że panorama jest tu wyjątkowa. Podobnie jak aura – w ciągu naszego godzinnego pobytu trzy razy padał deszcz, a opady przedzielane były rażącym słońcem.

makapuu-point-widok

– Tu może padać kilkadziesiąt razy dziennie. Takie są Hawaje – Marcin wytłumaczył nam nieprzewidywalność tego subtropikalnego klimatu.

Okazuje się, że pogoda lubi zaskakiwać i może różnić się bardzo nie tylko między wyspami, ale także w obrębie jednej z nich – często pada, dużo wieje, a tęcza to uroczy efekt uboczny. Już pierwszego dnia widzieliśmy dwie.

Potem punkty widokowe zamieniliśmy na plaże, a droga wiła się prawie przy brzegu.

Plaża przy Waimanalo Bay to najdłuższy skrawek piasku na O’ahu, uwielbiany przez japońskich nowożeńców. Wśród wysokich drzew na skraju, stały zaparkowane białe limuzyny, a przy brzegu odbywały się romantyczne sesje zdjęciowe. Siedem sesji zdjęciowych, a na koniec zajechała kolejna gablota. Nie mogłam odmówić sobie fotki z parą młodą.

Ostatnim przystankiem przy nabrzeżu była dla nas Lanikai Beach – niby mała, niby trochę tłoczna, a jednak z klimatem. Może to przez te porozstawianie łódeczki? A może wysepki na horyzoncie?

lanikai-beach

Gdy ruszyliśmy w głąb lądu, otoczenie nieco zszarzało.

– Norma – znowu podsumował Marcin. – Na środku zawsze pada.

Droga wiła się w górę, a potem ciągnęła przez ciemny tunel, aby zaprowadzić nas wreszcie do Nu‘uanu Pali Lookout – to kolejny, popularny punkt widokowy na wyspie, skąd uchwycić można tą soczyście zielony widok an wyspę, z wysokimi klifami i turkusem u stóp. Za naszymi plecami wisiały gęste chmury.

nuuanu-pali-lookout-widok

Waikiki

W poszukiwaniu hawajskich smaków trafiliśmy na poke – typową sałatkę z surową rybą (tradycyjnie z tuńczykiem Ahi), którą można dostać w wielu knajpach, ale to ta w małym barze, w Da Hawaiian Poke Co., przy centrum handlowym, w Waikiki, w miejscu, gdzie wcale nie chciało nam się być, bo poziom atrakcyjności wynosił zero, była najlepsza.

Samych nas zaskoczyła sympatia, którą poczuliśmy do całego Waikiki – tej najbardziej turystycznej dzielnicy – i to nie była sprawka jedzenia. Spodziewaliśmy się, że będzie dla nas takim australijskim Surfers Paradise (zresztą, w zabudowie bardzo je przypomina), za którym żadne z nas nie przepada, jednak, jakimś cudem (może to był dobry czas i towarzystwo), uchwyciliśmy pozytywną energię tego rejonu. Z jakiegoś powodu poczuliśmy się tu dobrze.

Wśród tych tłumów turystów, wśród rzędów hoteli, knajp, sklepów i Starbucksów, które są tak bardzo przeciwne spokojowi, który cenimy, poczuliśmy się jak u siebie.

A szczególnie miło było wieczorami – pić piwo (na Hawajach mają niezłe browary) przy zachodzącym słońcu, albo hawajskiego drinka, Mai Tai, w jednym z barów z widokiem. Do tego hawajskie rytmy…

piwo-w-waikiki

Pearl Harbor

Pearl Harbor było miejscem, do którego wybraliśmy się pełni ciekawości – ciekawości historii. Bo tą odbiera się zupełnie inaczej, gdy człowiek znajdzie się nagle „w centrum wydarzeń”. To kompletnie odmienny punkt programu od pozostałych.

Tu, w 1941 roku doszło do ataku Japonii na Stany Zjednoczone, w którym zginęło prawie dwa i pół tysiąca osób. To wtedy Stany oficjalnie dołączyły do wojny (chociaż wielu mówi, że był to jedynie wyczekiwany pretekst – pretekst, który zjednoczył Amerykanów).

Na terenie jest muzeum, gdzie można zapoznać się z przebiegiem zdarzeń oraz USS Arizona Memorial – pomnik zawieszony nad zatopionym okrętem Arizona, na którym zginęło najwięcej osób. Każdy, bezdyskusyjnie każdy, wczuwa się tu w atmosferę zadumy. Tu rozpoczęła się wojna, a nieopodal stoi okręt, gdzie podpisano z Japończykami dokumenty jej zakończenia.

pearl-harbor-pomnik-arizona

Po kilku dniach na O’ahu, odlecieliśmy na wyspę Kauai, z zamiarem powrotu na dłużej, ale… Wiecie, jak to z planami bywa?

Edit: Z przykrością muszę poinformować, że Marcin, którego wspominam w tekście, nasz cudowny przewodnik, zmarł niespodziewanie niecałe dwa miesiące po naszym spotkaniu. Jestem przekonana, że teraz odbywa jeszcze piękniejsze podróże niż za życia…