Najważniejsze są podobno pierwsze wrażenia. To przez ich pryzmat oceniamy często ludzi, czy miejsca. I nie ma w tym nic złego. Tak po prostu jest i już. Jak coś się nam spodoba na początku to to później odbieramy pozytywniej, a jak się nie spodoba to jesteśmy bardziej krytyczni. Myślę jednak, że równie ważne, jeśli nie ważniejsze są te ostatnie wrażenia, bo je najbardziej pamiętamy, są najświeższe. Coś może nam się nie spodobać na początku, ale jeśli na koniec wydarzy się jakaś przemiła rzecz, to przysłoni te mniej miłe, da nadzieje że może być lepiej. Czy to, co piszę ma w ogóle jakiś sens?! W każdym razie, tak byłoby w przypadku spotkania Bali i Juli. Na początku miłości nie było, a na koniec zaiskrzyło.

Bali podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Bali

Po szybkim przeglądzie kilku indonezyjskich wysp, zostało nam jeszcze kilka dni na Bali. W skrócie: było słabo, średnio i bardzo fajnie razy dwa. Za chwilę dowiecie się dlaczego.

Jesteśmy w bazie, czyli w Candidasie w naszym już prawie Iguana bungalowie. Byczymy się nad basenem, masujemy plecki obserwując zachód słońca, zaliczamy pedicure który okazuje się być totalną porażka, pijemy piwko, doglądamy kotków, bo Mama Iza jest w Polsce. Słowem – byczmy się. Ale ani ja ani mama nie byłybyśmy sobą, gdybyście w końcu nie chciały się stąd ruszyć. Dogadujemy się więc z naszym znajomym kierowcą, mężem Ilu i jutro jedziemy na wycieczkę do Ubud. Będzie test. Elizabeth Gilbert i jej książka „Jedz, módl się, kochaj” zmieniły oblicze tego artystycznego, górskiego rejonu. Był popularny, a teraz jest sto razy bardziej popularny. Pytanie brzmi, czy ta popularność mu służy?

Jest 10:00 rano. Pakujemy się do auta i ruszamy. Nasz pożyczony mąż – kierowca musiał nas oczywiście wrzucić po drodze do jakiejś mega turystycznej świątyni. Płatnej oczywiście, a płatna równa się mocno średnia. Na szczęście szybko ją obskakujemy i możemy jechać dalej. „Chcecie zobaczyć jak robią srebro?”, pyta pożyczony mąż – kierowca. W sumie, czemu nie…?  Teraz już wiem, czemu „nie”! Żeby dojechać do „fabryki srebra” musimy zboczyć z trasy i dołożyć jakieś 30 minut drogi. Jedziemy i jedziemy, i wreszcie docieramy. „Fabryka” to stół z dwoma imadłami, a obok wielki sklep ze srebrem w oporowych cenach! Porażka. Pewnie jakbyśmy coś kupiły nasz kierowca dostałby prowizję, ale jesteśmy świnie i nie kupujemy nic. Poprosimy już do celu Panie pożyczony mężu – kierowco.

Monkey Forest wita Nas! I Was też. Sami turyści i same małpy. Co najgorsze – widać między nimi podobieństwo! Znaczy między nami człowiekami, a nimi małpami. God! Nikt mi nie powie, że nie pochodzimy od małp. Nie dość, że mają podobne gesty to i można dostrzec podobieństwo w twarzach. Przerażające…

Chcemy się przejść do miasteczka, do centrum, ale okazuje się że okolica jest o g r o m n a  i bardzo ruchliwa. Wokół same sklepy i tłumy obcokrajowców. Chcemy pójść na targowisko, ale okazuje się że to tradycyjne przebudowują właśnie w jakiś gigantyczny budynek ala centrum handlowe. Ostał się tylko malutki fragmencik, gdzie można kupić wszystkie balijskie pamiątki. Najbardziej popularne są… drewniane fiuty! W różnej postaci. W kolorze naturalnego drewna, rozmiar XL, o zastosowaniu otwieracza do piwa. Są też wersje tęczowe, ze wzorkami, w kropki, kreski, rysunki. Inne fiuty służą za breloczki – fiut w wersji mini z pętelką na końcu, do której można przymocować klucze. Jest też forma popielniczki – fiut stoi, a przy jajkach miseczka na kiepy. Nie możemy sobie odmówić zakupu dwóch fiutów. Mam nadzieję, że Panowie którzy dostaną je w prezencie, to jest tata i mój przyjaciel Rafałowski, będę równie uradowani jak my przy zakupie! Oczywiście się targujemy, znaczy mama się targuje, bo ja jakoś średnio potrafię. Cena początkowa jest, jak za fiuta ze złota. Końcową można zaakceptować. Oprócz najbardziej tradycyjnej pamiątki z Bali, czyli wyżej opisanego fiuta, na straganach można kupić chusty w dużych ilościach i we wszystkich możliwych wzorach, bransoletki, balijskie maski, rzeźbione jaszczurki, trochę srebrnej biżuterii, świeże owoce, mini i maxi gitary. Podsumowując – wszystko czego klient zapragnie. A jak czegoś nie ma to oni załatwią. Generalnie chcemy polubić Ubud, ale oprócz zakupu fiutów nic nie sprawia nam tu frajdy.

Przemieszczamy się zobaczyć pola ryżowe. TE pola, które uznawane są za najpiękniejsze i polecane przez najbardziej kultowy przewodnik. Szczerze? Stoję na rozwalonym chodniku, wszystko wokół wybetonowane, patrzę na TE pola, patrzę na okolicę i chce mi się ryczeć! Tu kiedyś musiało być pięknie! Musiało. Wierzę w to. Ale teraz… Ech. Szkoda gadać. Może dlatego tak odbieram to miejsce, bo w Malezji widziałam Cameron Highlands, przyrodę która była prawdziwa? Nie wiem… Generalnie jestem przerażona, jak my, ludzie i nasze wymagania potrafimy zepsuć naprawdę piękną okolicę. Chodźmy już stąd mamo. Chcę do domu. Odpowiadając na początkowe pytanie: „czy popularność służy Ubud?”, moim zdaniem nie służy. Wręcz szkodzi. Może i są, gdzieś tu ładne miejsca wokół, pewnie można je znaleźć, ale nam się nie udało.

Co będziemy robić jutro? Jak zawsze zdobywać świat! Szykuje się ciekawa wyprawa. Chłopaki z Iguany zaproponowali zabrać nas na przejażdżkę skuterami. Mama na jednym skuterze, z jednym chłopakiem. Ja na drugim, z drugim chłopakiem. A po południu idziemy na prawdziwie balijską ceremonię w towarzystwie naszego pożyczonego męża – kierowcy i jego synka. Ilu nie idzie z nami, bo jest w zaawansowanej ciąży i boi się dwóch rzeczy. Po pierwsze, że wszyscy będą ją zaczepiać i dotykać brzucha, a po drugie że ktoś z zazdrości rzuci na nią urok. Trochę może zabobony, ale na Bali wszystko jest możliwe.

Niech już będzie jutro! Godziny snu lecą w ekspresowym tempie i…

Czas start! Jest już jutro. Wskakujemy na skutery. Wybieramy najbardziej krętą ścieżkę na całej wyspie. Trasa Candidasa – Amed. Podoba mi się już za pierwszym zakrętem. Cudny pałac na wodzie, wiochy, wiochy, wiochy i pustkowia. No i widoki. Wspaniałe widoki. Plaże usłane rybackimi łódkami. I długo, długo ani jednego białasa. Zagęszcza się w okolicy Amed, ale i tak mi się podoba. Podoba mi się zwiedzanie na skuterze. Po raz kolejny przekonuję się, że to fajne! Dużo fajniejsze niż samochód. Polsko szykuj się na nowego kierowcę jednośladu – przybywam na wiosnę! Do jazdy nie zrażam się nawet w drodze powrotnej, jak dopada nas ulewny deszcz i przemakamy do suchej nitki. Jak to powiedział Kekut,  który mnie wiezie: „free public shower”.

Z pożyczonym mężem – kierowcą jesteśmy umówione na 16:00. Zdążymy jeszcze zaliczyć skok do basenu, więc skaczemy, a potem pędem do samochodu. Mąż i synek odpaleni w odświętne stroje wyglądają bosko! Bosko! Ale my niegotowe… Jedziemy do domu męża – kierowcy i Ilu. Domek to chatka w lesie bananowców. Taki mały domek, malutki, a obok sąsiedzi i kolejni sąsiedzi. Wszyscy mieszkają na kupie w lekkim „syfie”. Ilu serwuje nam przepyszną kawę i obwiązuje specjalnymi chustami z kokardą. Wreszcie jesteśmy odpowiednio ubrane i możemy jechać. Dołącza do nas bratanek męża i kolega bratanka. Do bagażnika ładujemy kilka koszy z darami i w drogę.

Świątynia jest niewielka, ale ludzi są tysiące! To normalny festyn! Można kupić plastikowe zabawki, baloniki, jakieś jedzenie na którym niestety siedzą tysiące much. Ale atmosfera świetna i to my jesteśmy atrakcją, co znaczy że turystów jest w ilości dwa, czyli mama i ja. Jest prawdziwie na maksa. Na początek udajemy się w kierunku ołtarza. Nasi panowie idą się pomodlić i poświęcić przygotowane dary. A potem wyżerka. Siadamy na trawie i wspólnie konsumujemy to, co kryją kolorowe koszyki. Są rybne sataye, prażony ryż, ryż w wersji sticky zapakowany w misternie uplecione poduszeczki. Na deser ciastka, domowe wypieki i słodziutkie, żółciutkie banany! I tak sobie piknikujemy, wszyscy tak piknikują. I wydawać by się mogło, że jest cudownie, ale nie do końca jest. Przez cały dzień przewinęły się tu naprawdę tysiące osób, do wieczora będzie ich jeszcze więcej. Wszystkie te osoby przyniosły dary i skonsumowały to, co miały, siedząc na trawniku. I wszystkie te osoby zostawiły śmieci, ale nie w śmietniku, tylko właśnie na tym trawniku! Zjadły, wyrzuciły papierki, wstały i odjechały. Cały teren wygląda więc, jak jedno wielkie wysypisko śmieci, gdzie zaparkowane są setki skuterów. No, ale taki urok Bali. Niby pięknie, kolorowo i magicznie, ale syfu nie może nigdzie zabraknąć.

Pora wracać. Zajeżdżamy najpierw do Ilu i zostawiamy jej trochę jedzenia z darów, a ona częstuje nas miejscowym przysmakiem – bananami. To nie takie zwykłe banany na surowo, ani też nie pieczone, tylko gotowane! Normalnie gotowane we wrzącej wodzie! W garnku, na kuchence. Hmm… Całkiem niezłe! Smakują trochę, jak ziemniaki nasze polskie. Ilu, czy tak można przyrządzić wszystkie banany? Można. Podobno można. Muszę tego spróbować, jak już wrócę do domu. A może ktoś z Was spróbuje i da mi znać, jak to smakuje? Jacyś chętni?

Ostatnie dwa dni spędzamy w Kucie łażąc po sklepach i robiąc zakupy, czyli przez chwilę stajemy się normalnymi turystkami, ale tak też trzeba od czasu. Każda odmiana jest fajna. Tak myślę. Kupujemy sobie po kostiumie kąpielowym, wypieramy upominki dla tatusia i siostrzyczki, męża siostrzyczki i dzieciaków, a na obiad wybieramy się Jimbaram na plażę. To tu podobno można zjeść najlepsze i niestety też najdroższe owoce morza, i ryby. Zgadza się tylko to drugie – są najdroższe. Do najlepszych im daleko. I wiecie co? To jedzenie to chyba największy dla mnie mankament Bali! Jak ja lubię dobrze zjeść, a tu nie idzie. No nie idzie. Podejście za podejściem kończy się fiaskiem! Co więcej, czuje to także mój brzuch, który co i rusz daje ostrzeżenia. Generalnie mój organizm chyba ma przesyt Azji, wiece? Jestem tu prawie dwa miesiące i ostatniego dnia ryk motorów, hałas, zaczepianie doprowadza mnie do szału! Obrywa się nawet mamie, mimo że jest niewinna i nie zachowuje się, jak Azjatka. Już mnie wszystko drażni i tyle. Piękna ta Azja, kolorowa, unikalna, różnorodna, ale jak dla mnie trochę męcząca. Nie mogłabym tu zostać na stałe, chociaż podróżować wrócę na pewno! Jest jeszcze tyle do zobaczenia. Ledwo, co liznęłam klimatu, ale pora spadać niżej. I w sumie to się z tego cieszę. Pisałam już dziś, że odmiany są potrzebne?

Jedziemy na lotnisko. Mama leci do domu, a ja do Sydney. Kolejka do bramek mega. Koło nas stoi matka z córką, które żegnają się ze łzami w oczach. „Czy to nie ta dziewczyna, która spotkałaś w hotelu? Nie ta, która czekała na swoją mamę?”, pyta moja mama. Nie no, niemożliwe, świat nie może być taki mały.

A jednak jest. To Emma i jej mama. Emma, którą spotkałam jak przyleciałam na Bali. Mama Emmy strasznie płacze, grochy lecą po jej policzkach. Mówię, żeby nie płakała, że Emma kiedyś wróci i co słyszę? Że nie wróci. Emma pokochała Azję i nie chcę wracać do Anglii. Zostaje tu na zawsze.

I to jest właśnie najpiękniejsze w podróżach kochani! Każdy lubi, co innego i każdy znajduje w nich, co innego. Emma pokochała Azję od pierwszego wejrzenia. Ja nie. Emma tu zostaje. Ja bym nie potrafiła tu żyć. Więc nigdy nie słuchajcie, jak ktoś Wam mówi, że gdzieś jest fajnie, a gdzieś jest nie fajnie. Sami sprawdźcie! Może miejsce, które ktoś ocenia najgorzej, będzie Waszym rajem na ziemi? Odłóżcie rady i przewodniki. Zgubcie się w świecie i odkrywajcie go po swojemu. Tak jest najcudowniej.

No to co? Lecimy do kangurów? Już czas moi drodzy. Pa pa mamo! Fajnie, że tu byłaś ze mną! Wiem, że czasem  byłam niedobra, ale mam nadzieję, że będziesz z uśmiechem wspominać ten wyjazd? I wiesz co? Dużo się przy Tobie nauczyłam. Dziękuję.

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.