Nieco bezmyślnie wybraliśmy nocny lot z Hawajów do San Francisco. Chcieliśmy po prostu zaoszczędzić na hotelu, ale oprócz zaoszczędzenia tych stu dolarów, nic dobrego nam z tego nie przyszło. United to najgorsze linie lotnicze, jakimi mieliśmy ostatnio (nie)przyjemność lecieć. Kilkugodzinny lot, niewygodne, małe siedzenia, które praktycznie się nie rozkładają, a do tego brak nawet połówki herbatnika czy kropli wody. Udało nam się zdrzemnąć tylko na chwilę, a zmęczenie nie pomogło kreatywności po lądowaniu.

Mieliśmy też dość nietypowy plan – jechać do pewnej kwiaciarni w centrum i tam zostawić bagaże, a wieczorem spotkać się ze znajomą znajomego, która pracuje obok i zgodziła się nas przenocować.

Marcin, który cudownie zajął się nami na Hawajach, pomógł także w tej spontanicznej wyprawie do San Francisco, gdzie mieszkał ponad dziesięć lat. Dla niego wszystko było takie proste, a każdy z nas był po to, żeby pomóc tej drugiej osobie. Umówił nas ze swoją przyjaciółką, Elą, a ta zaoferowała nocleg. Z Elą mieliśmy jednak spotkać się dopiero wieczorem, więc musieliśmy zrobić coś z naszymi torbami. Na to też znalazło się rozwiązanie.

– Tam na rogu, w centrum jest taka kwiaciarnia. Prowadzą ją Polacy. Pójdzie i powiedzcie, że wy od Marcina i Eli – polecił. – Zostawicie torby, zwiedzicie miasto, a potem pojedziecie do Eli.

Z lotniska złapaliśmy pociąg do centrum, Bart train (komunikacja jest tu dobrze zorganizowana) i ruszyliśmy na poszukiwanie naszego celu.

– Jesteśmy w San Francisco! – zdałam sobie sprawę dopiero po chwili. Byłam zachwycona, bo decyzja o przyjeździe tu była zupełnie spontaniczna, a o mieście słyszałam tyle dobrego

Na wskazanym rogu wypatrywaliśmy kwiaciarni i… wypatrzyliśmy – małą budkę. Metr na metr.

Popatrzyliśmy na siebie z uśmiechem, a w naszym głowach pojawiła się wizja upychania bagaży w środku.

– To bez sensu – stwierdził Sam, gdy usiedliśmy zwątpieni na murku.

Poza tym było nam po prostu głupio. Nie wiedzieliśmy, jak nazywają się wspomnieni właściciele, jak wyglądają i czy nas nie pogonią. Nie mieliśmy jednak wyboru, bo podczas szybkiego przeszperania internetu nie udało się nam znaleźć żadnej przechowalni.

Młodsza dziewczyna przycinała końcówki łodyg, starsza pani układa je w bukiety. Przechodniów nie było wielu, bo dopiero dochodziła siódma rano, ale obok zatrzymała się taksówka. Starsza pani podbiegła z kwiatami, a kierowca odjechał. Ona wróciła do wcześniejszych zajęć, a my wciąż czailiśmy się.

– Chodź! – ruszyłam w końcu, a Sam nie zdążył nic powiedzieć, bo już z odległości rzuciłam – Dzień dobry! – i uśmiechnęłam się najszerzej, jak potrafiłam.

Obie szybko podniosły wzrok. Wiedziałam, że zrozumiały.

– Jesteśmy znajomymi Eli i Marcina – wyjaśnieniłam. – Marcin wspomniał, że moglibyśmy zostawić u Pani bagaże na czas zwiedzania. Byłaby taka szansa?

Nastąpiła niezręczna cisza. Pani rozejrzała się wokół.

– A ile macie toreb? – zerknęła na nasz dobytek. – Jeśli uda wam się to upchnąć do tej szafki, to jasne!

Przy chodniku stała mała, podstarzała szafeczka. Bardzo mała. Spojrzałam na Sama i widziałam, że w duchy wybuchł gromkim śmiechem, ale potem spoważniał, bo stało przed nim poważne zadanie, upchania tych naszych zakichanych toreb do środka! Dopiero trzecie podejście i dość skomplikowany układ przestrzeni dały zamierzony efekt.

– Tylko wróćcie przed piątą. I miłego dnia – pożegnała nas machnięciem ręki.


Kolejną misją było znalezienie kawy. W obecności Sama, rozpuszczonego, australijskiego kawosza, Starbucks i inne sieciówki nie wchodzą w grę, więc zadanie nie było proste. Ja zamiast kawy chciałam bluzę, bo ten październikowy poranek był dość chłodny! Ale wszystko dopiero miało się obudzić, San Francisco było wyraźnie zaspane…

Byliśmy w centrum. W powietrzu, zamiast powiewu wczesnej jesieni, można było wyczuć zapach marihuany, wymieszany z odorem moczu. Bezdomni zbierali się z chodników głównych ulic, spod luksusowych wystaw, w bardziej ustronne uliczki. Jedni patrzyli nas nas z pogardą, inni z nadzieją na poratowanie. Bez względu na ich nastawienie, byłam zdziwiona, bo to, co czytałam o San Francisco tyczyło głównie tego, jak zachwycające jest to miasto.

W przecznicy stało pewnie z dziesięć namiotów. Między nimi kursowały przewoźne toalety i prysznice.

San Franciso jest obecnie jednym z najbogatszym amerykańskich miastem. Miastem które, mimo bogactwa, gdzieś zaliczyło wielką, wielką porażkę.

Nikt nie wie, ilu bezdomnych mieszka w San Francisco. Jedne źródła mówią o ośmiu tysiącach, inne o czternastu. Wszystko zależy od tego, kto zabiera się zaliczenie. San Francisco nie jest też miastem z największą liczbą bezdomnych w Stanach (więcej jest ich w Nowym Jorku), ale to w San Francisco są bardziej widoczni. Czemu? Powodów jest na pewno kilka, ale jednym z nich jest po prostu mniejsza powierzchnia miasta.

Tyle udało się mi wyczytać na szybko i obiecałam sobie wrócić do tematu po powrocie do domu (więcej napiszę w kolejnym wpisie). Tymczasem, mieliśmy jakieś osiem godzin na zwiedzenie i obserwację miasta.

San Francisco, czy też SF lub „The City”, to najważniejsze miasto północnej Kalifornii, centrum biznesu i rozrywki. Jest częścią obszaru metropolitalnego San Francisco Bay Area. Z jednej strony dobija do niego Pacyfik, z drugiej otacza go cieśnina Golden Gate.

Spacer zaczęliśmy na Market Street, głównej ulicy miasta, pełnej sklepów i będącej jednocześnie centrum komunikacji miejskiej. Później poniosło nas w boczne uliczki i do dzielnicy Tenderloin, gdzie klimat nie był już tak sympatyczny (to ponoć najgorszy rejon w mieście) i dość szybko wróciliśmy na turystyczny szlak.

Najpierw na Union Square. Restauracje, butiki, budynki sięgające chmur i harmider – energia Union Square nieco nas wciągnęła. Szczerze – trudno się jej oprzeć. Potem ustawiliśmy się w kolejce do… kolejki.

Kolejka szynowo-linowa (cable car), czy też po prostu tramwaj, to symbol miasta i zbawienie dla twoich nóg. San Francisco bowiem rozciąga się na wzgórzach, a podejście i zejście najzwyczajniej męczą. Klasyczne wagoniki poruszają się po szynach, a napędza je lina ukryta w jezdni. Na końcu trasy jest obrotnica. Charakterystyczne zgrzyty szybko utrwalają się w skojarzeniach, a przejażdżka powinna być obowiązkiem. Tylko nie zróbcie tego błędu, co my – nie wsiadajcie w pobliżu Market Street, bo to tu czas oczekiwania jest najdłuższy (lepiej podejść kilka metrów pod górę i dosiąść się na kolejnym przystanku. Bilet jednorazowy kosztuje siedem dolarów. Więcej o historii kolejek możecie poczytać tutaj 

Sama przejażdżka pod prawie pionową górkę robi wrażenie, a widoki z góry, na te wąskie uliczki, strome uliczki, naprawdę zachwycają.

Podobnie jak widok na most Golden Gate, które wreszcie wyłania się, gdzieś tam na horyzoncie. To tak, jakby zobaczyć Wieżę Eiffla lub Operę w Sydney po raz pierwszy.

Nie wiem, co przyszło nam do głowy, ale w pewnej chwili wysiedliśmy z kolejki i ruszyliśmy dalej piechotą (szaleńcy). Najpierw do North Beach – zaraz obok jest sławny Fisherman’s Wharf Pier 39, gdzie odpoczywają lwy morskie – a potem z powrotem, pod górę, do dzielnicy Russian Hill. I znów zeszliśmy w dół (szczęśliwie, schodami) przy sławnej Lombard Street – to ścieżka kręta niczym serpentyna, sławna z filmów i milionów zdjęć, której przejechanie autem musi być nie lada wyzwaniem. Atrakcyjna była też pobliska dzielnica Nob Hill. Trochę się pogubiliśmy, szukając niekoniecznie stromych tras, a wreszcie trafiliśmy do Chinatown.

Piąta godzina dochodziła nieubłaganie.

Gdy stawiliśmy się w naszej kwiaciarni, Pań nie było. Zagadałam do faceta z wąsem, który urzędował w środku, wyjaśniając, że nasze torby są w szafce. Zerknął zdziwiony. Nic nie wiedział.

Coś mnie skusiło, żeby odezwać się po polsku.

Franciszek od razu zaprosił nas na piwo. Do budki-kwiaciarni. W samym centrum San Francisco. Dla takich chwil warto podróżować.

Ela dołączyła do nas niedługo później i wspaniale się nami zaopiekowała.

Kolejnego dnia, około południa, ruszyliśmy do wypożyczalni aut, gdzie mieliśmy odebrać naszego kampera. Udało się znaleźć tzw. relokację na trasie San Francisco-Los Angeles (korzystaliśmy ze strony Imoova). W ciągu pięciu dni mieliśmy przetransportować auto z jednego miasta do drugiego, a kosztowało nas to pięć dolarów dziennie! Długo zastanawialiśmy się, czy zahaczyć o park Yosemite, a potem gnać, czy może trzymać się wybrzeża i przemierzyć sławną „jedynkę”, jednak tamto popołudnie poświęciliśmy jeszcze San Francisco i naszym „Mini Winnie” (który wcale nie był taki mini) zaczęliśmy dalsze zwiedzanie.

Cypel wokół mostu Golden Bridge to piękne tereny, zwane Golden Gate National Recreation Area. To tu są najciekawsze punkty widokowe na sam most i centrum miasta rozciągające po drugiej stronie wody. Krążyliśmy krętymi dróżkami dobrych pare godzin, raz autem, raz na nogach. Zachwyceni. I zachwyceni jeszcze bardziej, w chwili, gdy podczas spaceru o zachodzie słońca drogę przebiegł nam mały jelonek.

Na kolację udaliśmy się do dzielnicy Sausalito, tej bogatej, pięknej i zadbanej, jak z filmów, a potem przemierzyliśmy miasto na wskroś, żeby uchwycić jego nocną panoramę ze wzgórz Twin Peaks.

Jednak to nie koniec atrakcji. Na noc zatrzymaliśmy się na parkingu zaraz przy moście Golden Gate – zupełnie legalnie i darmowo. Pięciogwiazdkowe hotele mogą się przy tym schować. Tą cudowną wskazówkę wyszukaliśmy, korzystając z aplikacji WikiCamps (tej samej, które towarzyszy nam podczas podróży po Australii). Nie muszę chyba mówić, że na wschodzie słońca byliśmy pierwsi? No może drudzy… Tak szczerze, było tam sporo ludzi.

Po śniadaniu i pysznej kawie w Tartine Manufactory (ukłony dla Mo z Gotuje bo lubi za polecenie, bo to najlepsza kawa, jaką piliśmy w Stanach) oraz szybkim spacerze po Mission District (żałuję nieco, że byliśmy tu tak krótko, bo dzielnica ma iści meksykański klimat, i to dosłownie), ruszyliśmy w drogę na południe.

Czy San Francisco rzuciło nas na kolana? Nie. Czy zachwyciło? Momentami. Pamiętam nawet, że podczas spaceru po tamtych zakichanych wzgórzach, przez ułamek sekundy pomyślałam sobie, że mogłabym tam zamieszkać. Ale nie, nie mogłabym. Mogłabym zwiedzać to miasto i poznać je nieco lepiej. Mogłabym zrobić mu setki zdjęć. Mogłabym je zjeść, bo doskonała kuchnia to na pewno jego ogromny atut. Mogłabym na nie patrzeć z tych wszystkich fantastycznych punktów widokowych długimi godzinami. Ale nie mogłabym się tam zadomowić i już.