Nieco rozklekotany autobus bez okien zatrzymał się w okolicy jedynego McDonalda w mieście. Miejscowi patrzą na niego z błyskiem w oku – toż to przecież powiew fantastycznej nowoczesności, której pragnie się w sumie bez przyczyny. Otworzyli go w zeszłym roku i odrazu stał się jedną z popularniejszych knajp w mieście.

Było upalnie i duszno. Ruszyliśmy skrajem jezdni w kierunku przystani rybackiej w mieście Lautoka. Wyczuć ją można było z daleka. Dosłownie. Wielkie kutry stały w jednej lini, a na przeciw nich małe łódeczki. Facet przy tuszy machnął na nas ręką.

To był Wais – nasz gospodarz.

Pokój u Waisa i Ele znaleźliśmy na portalu Airbnb. Chcieliśmy zatrzymać się na kilka nocy na fidżyjskiej wsi, zarówno po to, żeby „móc pożyczyć” życiem miejscowych a przy okazji wesprzeć ich budżet. Turystyka jest jednym z dwóch głównych filarów gospodarki tego państwa (drugi to produkcja cukru), bo na tych oddalonych od wszystkiego wyspach Pacyfiku trudno o inne intratne zajęcie.

Dom Waisa i Ele znajduje się na wyspie Waya Lailai, należącej do archipelagu Yasawa (uwielbianego przez backpackersów z całego świata). Mogliśmy złapać prom lub skorzystać z o połowę tańszej opcji transportu oferowanej przez Waisa. Znów, postanowiliśmy zasilić jego kieszeń, ale nie spodziewaliśmy się, że z przystani odbierze nas… skorupką.

Mała łódeczka kołysała się zaraz przy murku.

Fiberglass boat – z uśmiechem oświadczył Wais, a mi ugięły się nogi.

Wrzucił nasze bagaże „na pokład” i przykrył pomarańczową plandeką. Niedługo potem wypłynęliśmy. Szczęśliwie, dzień był słoneczny, a woda względnie spokojna, chociaż z perspektywy tej małej łodzi, każda fala wydawała się olbrzymia. O naszej „małości” przekonaliśmy się jeszcze mocniej, mijając potężny kontenerowiec, który zacumował niedaleko portu. Przeprawa zajęła półtorej godzin. Półtorej godziny zastanawiania się nad tym, czy oby na pewno jesteśmy rozsądni.

Na plaży czekała na nas Ele z dwójką dzieci. Chłopczyk przyczepiony był mocno do nogi mamy, ale gdy tylko zobaczył ojca, pobiegł w jego kierunku, wykrzykując „Momo!”, co oznaczać musi „tata”.

Bula Vinaka – gospodyni przywitała nas serdecznie, a nagle wokół pojawiła się gromadka tuziemców i cztery radosne psy.

Nasza wioska

Wioska, w której mieliśmy się zatrzymać, znajduje się zaraz przy plaży, tuż za pierwszą linią palm. Z drugiej strony jej granice wyznacza początek wzgórza. Na całość składa się może piętnaście domów, hala spotkań i kościół – budynek obowiązkowy. Oczywiście nie ma sklepu, kawiarni czy dróg, a do sąsiedniej wioski trzeba… dopłynąć.

Tradycje

Aby móc w niej zanocować, musieliśmy przekazać „przywódcy” wyspy pęk korzeni rośliny zwanej kava, czyli pieprzu metystynowego. Taki jest dobry obyczaj, gest zwyczajowy. Z korzenia robi się tradycyjny, fidżyjski napój (pija się go także na innych wyspach Pacyfiku). Początkowo kavę spożywano tylko w wyjątkowych okazjach, podczas ceremonii – kava ma uspokajać i goić gniew, więc była swoistym „znakiem pokoju”. Dziś, coraz częściej traktowana jest jak to nasze „towarzyskie piwo” (szczególne w bardzo turystycznych rejonach), bo kava wypita w dużych ilościach w prowadza w lekki stan odurzenia.

Nasz dom

Dom naszych gospodarzy nie należał do biednych. W środku były siedem pokoi i dwie łazienki, z czego jedna zewnętrzna. W każdym pokoju stało łóżko w europejskim stylu, a nad niektórymi powiewały moskitiery. W łazienkach były toalety ze spłuczką (zasilane deszczówką) oraz namiastki pryszniców, czyli wielkie, metalowe miednice z miskami do nabierania wody w środku (również zasilane deszczówką). W kuchni wewnętrznej stał nawet gazowy piekarnik, a w zewnętrznej paliło się ognisko. Na dachu przymocowane były trzy panele słoneczne, dzięki którym po zmroku można było zapalić pojedyncze żarówki. W pogotowiu była także lampka naftowa.

Na ścianach zawisły totalnie przypadkowe plakaty, a tuż nad przejściem brokatowy baner „Merry Christmas”. Stare fotele przykryte były podśmierdującą narzutą w kwiaty – aż boję się pomyśleć, co mogło pod nią rezydować. Bo w łazience, tuż za kibelkiem, mieszkał spory, włochaty pająk (podobno przyjazny). Po murze za to, w tej przerwie między zakończeniem ściany a początkiem dachu, od czasu do czasu przebiegała mysz.

W naszym lokum capiło nieco wilgocią, w końcu czego innego można by spodziewać się po tropikach. Charakterystyczny był też widok z okna – w odległości kilku metrów stał kościół, a na wyciągnięcie ręki – grób. Oddzielała nas od niego tylko cienka ścianka, można więc powiedzieć, że spaliśmy koło trupa. Nie wiem czyjego.

Ogólnie, budownictwo na Fidżi jest proste. Domy zbija się z blaszanych lub drewnianych płyt, a tylko niektóre są murowane. Między pokojami, zamiast drzwi, powiewają zasłony, a podłogi, zamiast dywanów, pokryte są matami uplecionymi z liści palmowych. W oknach brak jest… okien. Zamykane są na pewnego rodzaju okiennice – drewniane klapy, podpierane kołkiem, gdy chce się je uchylić. Rzadziej pojawiają się takie szklane żaluzje.

Przy każdej chacie rosną drzewa owocowe – zerwać można banany, mango, papaję i kokosy. Są też rośliny taro (czyli kolokazji jadalnej) oraz cassava (czyli maniok jadalny) – te, wraz z owocami i rybami, stanowią podstawę fidżyjskiej kuchni. Czasem trafi się jakiś kurczak, chociaż tych spaceruje w sumie niewiele.

Nocleg w tych prostych, ale miłych warunkach nie był drogi, chociaż w sumie cena nie była raczej adekwatna do standardów. Płaciliśmy pięćdziesiąt australijskich dolarów dziennie za dwie osoby plus około dwudziestu od pary za trzy posiłki.

Aktrakcje na wyspie Waya Lailai

W zatoczce obok wsi znajdują się dwa „kurorty” zarządzane przez miejscowych – Waya Lailai Resort oraz Naqalia Lodge – tam jest znacznie drożej. Za mały domek i trzy posiłki trzeba zapłacić około $270 australijskich dolarów, a łóżko w pokoju wieloosobowym (również z jedzeniem) to koszt około $100 AUD. Z jednej strony niewiele jak na małą, rajską wyspę, z drugiej, realnie oceniając stan, dużo.

We współpracy z letniskami nasi gospodarze oferowali też dodatkowe atrakcje – treking na wspomniany wcześniej szczyt, pływanie z rekinami czy naukę plecenia biżuterii z wysuszonych liści – wszystkie dodatkowo płatne i nie ma, co się tu burzyć, tylko wspierać, bo na fidżyjskich wioskach naprawdę króluje bieda, a nadprogramowe dochody przeznaczane są na edukację dzieci.

Dzieci na Fidżi

Te są bystre i ciekawskie. We wsi szybko otoczyła nas gromadka energicznych chuderlaków. Zarówno chłopcy jak i dziewczynki mają włosy ścięte na krótko, zapewne ze względów higienicznych, a ich duże, brązowe oczka pilnie obserwują na pozór nudną rzeczywistość – przecież tyle się tu dzieje! Jest piach na plaży, w którym można się wytarzać, sznur zwisający z drzewa, na którym można się pohuśtać, trawnik, po którym można pobiegać. Nie byliśmy atrakcją na długo.

Co odważniejsze dzieciaki zagadywały z nami na różne tematy. Po angielsku, bo w szkole nauka tego języka jest obowiązkowa.

Jednego wieczoru, gdy Sam poszedł na wspinaczkę (niestety ja musiałam oszczędzać uszkodzoną kilka miesięcy wcześniej kostkę), a ja oddawałam się popołudniowemu lenistwu tuż pod palmą, przysiadła się do mnie szczerbata córka naszych gospodarzy, Sara, oraz jej koleżanka Mila, rezolutna dziewięciolatka.

Rezolutna dziewczynka i jej historie

– Dzień dobry Pani – zagadnęła świetną angielszczyzną ta druga. – Jestem Mila – przedstawiła się grzecznie.
– Cześć. Ja mam na imię Julia – odpowiedziałam i tak zaczęła się nasza znajomość.

Przez kolejną godzinę rozmawiałyśmy o życiu we wsi i o życiu w Australii, o naszych ulubionych zajęciach i o marzeniach. Szczerbata Sara robiła fikołki w piachu, szczerząc się do nas, co jakiś czas.

– Który to twój dom? – spytałam, odwracając się w stronę wsi.
– Obok domu, gdzie się zatrzymaliście jest drzewa, gdzie wisi hamak. Wiesz gdzie? – przytaknęłam. – Trzy kroki za nim, stoi drzewo mango, a obok taki krzak z żółtymi liśćmi, takimi dużymi, nie da się nie zauważyć, o lewej jest wąski rów, obok dom, a za nim ja mieszkam.

Tak wygląda topografia terenu fidżyjskiej wsi. Jeśli chcesz spytać o drogę, musisz znać się na roślinności.

– Gdy kończą się lekcje, musimy posprzątać klasy, pozamiatać i umyć łazienki – Mila opowiadała o tym, jak wygląda jej dzień. – Potem wracamy do domu i pijemy herbatę, wykonujemy swoje obowiązki, podobne do tych szkolnych. Musimy posprzątać i pomóc w domu. Po południu, zanim spotykamy się w kościele, mamy trochę czasu na zabawę. Lubię sport! – krzyknęła i zerwała się na równe nogi, żeby zrobić gwiazdę.

Zabiłam brawo.

– Co jeszcze lubisz robić? – spytałam.
– Lubię rysować.
– Chodź, dam ci coś – złapałam ją za rękę i poszłyśmy do naszego domku. Mila zatrzymała się przed progiem.
– Ja tu poczekam.

Szybko zrozumiałam, że takie mogą być zasady. Zdjęłam buty i weszłam do pokoju sama. Z dna plecaka wyciągnęłam kredki, które kupiliśmy przed wyjazdem z myślą o dzieciakach. Wręczyłam je dziewczynce, a w jej oczach błysnęło.

– Narysuję ci coś na pamiątkę – powiedziała, kiedy wróciłyśmy pod palmę, patrząc radośnie na kolorowe pudełko kredek i mocno mnie przytuliła. Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy.

– Mila, a kim chciałabyś być w przyszłości? – spytałam.
– Nauczycielką – stwierdziła w końcu.
– A masz jakieś marzenia? – odwróciła głowę, zamyślając się. – Jest coś, co byś chciała? – dopytałam.
– Plecak. Chciałabym mieć plecak i więcej książek. I buty. Nigdy nie miałam butów – uśmiechnęła się szeroko, a mi pozostało odwzajemnić uśmiech. – Pora na trochę ćwiczeń – wstała w końcu i zaczęła biegać, robić przysiady i skłony. – W siódmym tygodniu szkoły dzieci ze szkoły jadą na sąsiednią wyspę na zawody sportowe, ale nie wszystkie. Niektórym rodzice nie pozwalają, bo biegając można skręcić kostkę – powoli zademonstrowała mi, co może się stać.
– Super! A Ty jedziesz?
– Nie. Mama nie chce, żebym jechała – powiedziała z kompletnym zrozumieniem, bez odrobiny żalu, tak charakterystycznej przecież dla dzieci.

W głowie szybko znalazłam odpowiedź – kontuzja w czasie zawodów równa się wizycie u lekarza, wizyta u lekarza równa się wydatkom, wydatki równają się funduszom, których brak.

Również bez żalu, Mila opowiedziała mi o swojej rodzinie.

– Masz rodzeństwo? – dopytałam.
– Tak. Brata – na chwilę zamilkła. – Jak byłam małą dziewczynką, moja mama, ta prawdziwa mama, oddała mnie mojej macosze, mamie, z którą teraz mieszkam. Czasem odwiedzam moją prawdziwą mamę w tej wiosce po drugiej stronie wyspy. Tam mam trzy siostry i brata, ale on jest w szkole na dużej wyspie.

Tu się oddaje dzieci

Pytanie „Jak to? Mama cię oddała?” aż cisnęło mi się na usta, ale z tonu głosu Mili i jej pozytywnego wyrazu twarzy wyczytałam, że to nic nadzwyczajnego. Potwierdziła to później rozmowa z naszej gospodynią.

– Ile macie dzieci? – spytałam podczas kolacji. Siedzieliśmy w kółku, na macie.
– Szóstkę – odpowiedziała Ele. – Dwie córki i syn są na lądzie (tak miejscowi nazywają największą wyspę) w szkole z internatem, Sara i Seba są tu, a najmłodszy syn mieszka z wujkiem. Mają takie same imiona. On jest teraz jego tatą. Weź więcej ryby! – złapała za talerz i podsunęła pod nos Samowi.

„Jak polska babcia”, chciałoby się dodać…

Kościół i religia

Zbudziło nas uderzanie w lali – fidżyjski bęben, który znajduje się w każdej wiosce. Potem ktoś machnął dzwonkiem i zaczęły się śpiewy. Była czwarta pięćdziesiąt, za oknem wciąż ciemno. Spały jeszcze nawet koguty, a w kościele rozpoczęło się poranne zgromadzenie.

– To ważny tydzień i tak będzie przez kolejne trzy dni – wytłumaczyła nam, tym razem przy śniadaniu, Ele. – Jedzcie, jedzcie – w domu roznosił się zapach świeżo upieczonych, kokosowych bułeczek. Pysznych.

Całe życie wsi toczyło się zresztą wokół religii. Jej mieszkańcy są metodystami, a w kościele spotykają się wieczorami (w wyjątkowych okazjach także rano). Każdego dnia panie wyciągają piękne suknie (koniecznie długie i zakrywające ramiona) i torebki (w końcu trzeba gdzieś schować biblię), a panowie przewiązują krawaty. Przemówienia, kazania, śpiewy i coś w tylu pokazów tańca trwają przynajmniej dwie godziny.

Zastanawiam się tylko, czy to z wiary, czy może też ta wiara nie wynika z nudy? Bo mnie właśnie ona, ta nuda, trzykrotnie zaprowadziła do tego kościoła – po prostu nic innego nie było do roboty.

– Załóż to – szybko podbiegł do mnie Wais, wręczając sarong żony; kobietom nie wolno wejść do kościoła z odkrytymi nogami i ramionami, a panom w nakryciu głowy.

Nic nie rozumiałam, ale słuchałam zainteresowaniem i klaskałam, gdy klaskali inni, a potem ktoś wcisnął w moje ręce śpiewnik i zaczęłam nucić po fidżyjsku razem z grupą pań.

We wsi nie ma telewizorów i komputerów, a zasięg w telefonie można złapać tylko na plaży. Nie ma kawiarni i sklepów, gdzie spędza się wolny czas. Nie ma kółek zainteresowań czy przyjęć na, które można by się wystroić. Nie ma biur, gdzie wyrabia się nadgodziny, a ci, którzy pracują w kurortach (nawet na sąsiednich wyspach) wracają przed zmrokiem.

Jest kościół – miejsce spotkań, rozrywki i przypuszczalnie – wiary.

Wyprawa na ryby

– Jutro rano płyniemy na ryby – oświadczył nasz gospodarz. – A ty możesz się opalać – doprecyzował, wyjaśniając, że na ryby wybierają się panowie, a panie zostają w domu.

Oddałam się nudzie, a Sam ruszył na polowanie.

W turkusowych wodach toczy się się intensywne życie – są bogate w zasoby ryb, owoców morza i żółwi, które też się tutaj jada. Wyćwiczeni tuziemcy, którzy sami czują się jak ryby w wodzie, na łowy ruszają z domowej roboty kuszą, a wielkie homary czasem udaje się im złapać gołą dłonią.

Wrócili po trzech godzinach z zapasem osiemdziesięciu ryb. We wsi szykowała się wyżerka – każdy dostał po równo.

Na pamiątkę

– Mam coś dla Pani – w dzień naszego wyjazdu nieśmiało podeszła do mnie Mila; chyba wstydziła się nieco Sama. Wręczyła mi złożoną kartkę. – To jest ogródek – wyjaśniła – a to choinka. Tu jest złamane drzewo.
– A tu serce.
– Tak, serce i kółka.
– A to? – wskazałam na czarne linie.
– To taki wzorek.

„I miss you tomorrow” nie trzeba było wyjaśniać. Przytuliłam ją mocno.

Razem z Samem postanowiliśmy wesprzeć nieco edukację Mili – dostanie od nas książki, podręczniki i kilka innych rzeczy, które mogą przydać się jej w szkole. Przynajmniej tyle możemy dla niej zrobić. To mały gesty, ale gdyby każdy z nas czasem zrobił, a nie tylko mówił… Tak, pomagać trzeba mądrze, ale argument używany przez wielu, że „pomaganiem wyrządzić można więcej krzywdy” za często używany jest jako marna wymówka.

Zachwyciliśmy się Fidżi. Na całego.