Nasze życie w Australii ostatnio nieco się zmieniło i w sumie jest teraz takim życiem, jakie wyobrażałam sobie przed emigracją – całkiem zwyczajnym. Aż może zbyt nudnym… Należy wam się kilka słów wyjaśnienia, które przy okazji przybliżą nieco tą odległą rzeczywistość.

Wyobrażenia

Luz w domu i luz w pracy. Surfing w porze lunchowej i plażowanie w każdy weekend. Te umięśnione ciała, zwichrzone wiatrem włosy i wieczny uśmiech. Nowoczesność w każdym calu i tyle dróg do sukcesu. To tutejsza codzienność w oczach tych, którzy marzą o emigracji do Australii – kraina mlekiem i dolarem płynąca. Czyż nie? Codzienność zakłócana jedynie od czasu do czasu przez węże, pająki, rekiny i krokodyle – zwierzęta Australii siejące postrach w świecie.

Czy tak wygląda życie w Australii?

Dla niektórych zapewne tak. Dla większości – raczej nie. Dla nas nie.

Do najbliższej plaży mamy jakieś trzydzieści kilometrów (Brisbane leży nad zatoką, a nad ocean jest kawałek; powyższe zdjęcie zrobione jest na pobliskiej wyspie), a Sam (Australijczyk) uważa, że surfing to najtrudniejszy ze sportów. Po kilku próbach jego deska skończyła jako półka w garażu. Zwichrzone włosy to raczej mam ja, ale wiatr ma z tym niewiele wspólnego – kąpię się po prostu przed snem, żeby zaoszczędzić te klika dodatkowych minut o poranku.

Praca w Australii

Nie znoszę wcześnie wstawać. Ale muszę. Do pracy.

Przez ostatnie trzy lata działałam jako freelancer, wybrałam taką drogę z różnych względów. Chciałam rozwijać bloga i rozwijać się pisarsko. Potrzebowałam czasu, żeby przywyknąć do życia na emigracji i zdobyć trochę więcej pewności siebie (szczególnie w kwestii języka). Chciałam spróbować innej drogi, sprawdzić się. I było super.

Ale, będę z wami szczera, jest też druga strona medalu – długo nie mogłam po prostu znaleźć takiej pracy, jakiej szukałam. Moje polskie doświadczenie w produkcji programów telewizyjnych, nie otworzyło przede mną w Australii żadnych drzwi. Żadnych. Nie wspominając o dyplomie magistra psychologii. Niestety.

Tak, prawdą jest, że nie wyjechałam do Australii za pracą, tylko z miłości, więc poprzeczkę postawiłam wysoko i nie odpuszczałam własnym ambicjom. Ale prawdą jest też, że praca w Australii nie leży na chodnikach i nie zgadzam się z tymi, którzy tak mówią. Trzeba jej poszukać, czasem bardzo uparcie. Trzeba się wykazać, bo to się liczy bardziej niż jakiekolwiek wykształcenie i z reguły trzeba podwinąć ogon. Trzeba pukać do wszystkich drzwi. I nie raz można dostać nimi w twarz.

Co ciekawe, dopiero doświadczenie zdobyte w prowadzeniu tego bloga, publikacja dwóch książek, znajomość mediów społecznościowych i wiedza podróżnicza zmieniły moją pozycję na tutejszym rynku pracy. Krótko mówiąc, to, że od lat spełniam swoje marzenia, daje mi dziś nowe możliwości zawodowe. Spełnianie marzeń jest nie tylko przyjemnością, ale jak widać, potrafi bardzo zaplusować.

Gdzie pracujemy?

Na ofertę trafiłam przez przypadek, aplikowałam, mimo że nie spełniałam nawet połowy wymagań, poszłam na rozmowę z wielkim uśmiechem oraz zdrową dawką pewności siebie i dostałam pracę. Bo to się nie ma czego bać… Pracuję jako Community & Social Media Lead w firmie zajmującej się porównywaniem cen samochodów do wynajęcia (na pierwszy rzut oka nie brzmi super, ale jest ok).

Zaczynam o ósmej trzydzieści i rano nie mam czasu, żeby usiąść z kawą na tarasie, jak to miałam w zwyczaju. W ogóle nie mam czasu, żeby ją wypić, więc z kubkiem wskakuję do samochodu. Kończę o siedemnastej (nie kawę, tylko pracę, chociaż kawę czasem też). Gdy wracam do domu, jest już ciemno (uroki zimy w Brisbane). Nie znaczy to jednak, że kończę pracę – artykuły do napisania, plany wyjazdów dla was do ułożenia i jeszcze kilka innych zadań, to już fucha na wieczór.

Sam zaczyna pracę przed piątą rano, wraca koło czwartej po południu, ale po ósmej jest już w łóżku. W tygodniu jemy ze sobą obiad, czasem pójdziemy na krótki spacer, albo obejrzymy wspólnie film.

Staramy się nadrabiać w weekendy, podróżując.

Nie zawsze się udaje, bo czasem Sam ma zmiany w weekendy, a ja pomagam w Polskiej Szkole Sobotniej.

Czy to jest idealny układ? Oczywiście, że nie. Obydwoje pracujemy dużo, a dla siebie mamy mało czasu. Wolelibyśmy, żeby było odwrotnie (kto by nie wolał), ale nie jest, więc staramy się wycisnąć jak najwięcej z tego, co mamy.

Dostosowujemy się do nowej sytuacji i dlatego też nie ma nas tu, na blogu, tak często (ale liczę na to, że już niedługo będę mogła czasem pracować z domu i uzyskamy fajną równowagę).

Bo w Australii dolary nie rosną na drzewach, a na ten niezaprzeczalnie fantastyczny styl życia i bycia trzeba sobie zwyczajnie zapracować.

I powtórzy wam to każdy Australijczyk.

Szczęśliwie, obydwoje lubimy to, co robimy, a firmy, dla których pracujemy, dbają o nas (naprawdę, nigdy nie miałam tak sympatycznego pracodawcy, tak sympatycznego menadżera i tak sympatycznej atmosfery na co dzień, tylko po trzech miesiącach nie wiem jeszcze, czy to jest to).

Jednak, to nie jest to regułą. Nie ma co się łudzić, że każde z tutejszych przedsiębiorstw może pochwalić się wysoką kulturą i uczciwością (na szczęście przewagę mają te pierwsze).

Są takie firmy, które płacą dobrze i w terminie, ale są też takie, które płacą poniżej kwoty minimalnej, albo zalegają pracownikom. Są takie firmy, które uczciwie rozliczają się na nadgodziny i takie, które mają to w nosie. Są takie które dają ci dodatkowe dni wolnego, karnety na siłownię i tzw. long service leave (czyli aż trzy miesiące wolnego) po dziesięciu latach, ale są też takie, z którymi dogadanie się o wolne, to droga przez mękę. Ale przede wszystkim, są fajni pracodawcy i są też ci niefajni, którzy skutecznie podcinają ci skrzydła i dają do zrozumienia, że jako imigrant, dla którego angielski jest drugim językiem, zawsze będziesz nieco gorszy (doświadczyłam tego na własnej skórze).

Ludzie są różni, ci w kraju down under – również.

Jak sie zyje w Australii, Magnetic Island

Domy w Australii i kredyty na trzydzieści lat

Mieszkamy w domu na przedmieściach, dwadzieścia kilometrów od centrum miasta. W naszym małym ogródku dojrzewają mango i ananasy (dziś zerwałam pierwszego), a cień rzuca palma sąsiada. Kolorowe papugi szczebioczą od wschodu słońca, a groźnych stworów – brak (zwierzęta w Australii nie są takie złe, jak mówią). Nie mamy płotu, bramy czy furtki. Czy jest bezpiecznie? W naszej dzielnicy raczej tak, chociaż i tu zdarzają się włamania.

Nasz domek nie jest duży, jest w sam razy. Przytulny i rodzinny, wcale nie nowoczesny (chociaż niektórzy mówią, że urządzony po europejsku). Ściany są cienkie, a w podłodze mamy kilka szpar, bo część mieszkalna, znajduje się na pierwszym piętrze. Latem jest chłodno i przyjemnie, zimą – niestety też – dziewięć stopni na zewnątrz oznacza dziewięć stopni w środku. Dobrze, że w Brisbane zimy są jak polska wiosna!

Każdego tygodnia spłacamy ratę kredytu, zaciągniętego na trzydzieści lat.

Tak, w Australii młodzi ludzie też mają kredyty, jeśli chcą mieć coś na własność, a tutejsze ceny nieruchomości bezustannie rosną. W porównaniu do Sydney i Melbourne, Brisbane wciąż jest dość przystępne i podobno bardziej opłaca się tu spłacać ratę niż wynajmować. Jednak, złote czasy, kiedy przykładowo dziadek Sama był w stanie w pięć lat zarobić na dom, dawno się skończyły.

Inne przyjemności

Nasz samochód ma dziewiętnaście lat, a znajomi nie wożą się kabrioletami (szkoda, bo przy takiej pogodzie by się przydał kabriolet). Przy okazji, tu chyba każdy ma auto, bo przy ogromnych odległościach trudno byłoby się bez niego obejść.

Na drinka wychodzimy sporadycznie, na kolację częściej (średnio raz w tygodniu chodzimy do restauracji, albo zamawiamy coś na wynos ), a na dobrą kawę – regularnie. Lubimy te małe przyjemności i nie odmawiamy ich sobie. Tu zdecydowanie zaniżamy australijskie statystyki, bo miejscowi wychodzą na miasto zdecydowanie częściej niż my.

Średnią nadrabiamy wyjazdami pod namiot.

Czy ktoś narzeka?

Czy narzekamy na pracę, brak czasu, nadmiar obowiązków? Jasne! Zdarza nam się, bo kto czasem nie narzeka? Ale obydwoje wiemy, że owe narzekactwo samo w sobie jest największą stratą czasu z możliwych, więc staramy się tego nie robić i szybko otrząsamy się z kiepskiego nastroju, jeśli nas dopada lub zwyczajnie „pozbywamy się” tego, co nas uwiera. Szkoda nam tego czasu na zwyczajne, nieproduktywne użalanie się (polecam wam to samo).

A czy narzekają inni? Hmm… Tak. Australijczykom też zdarza się narzekać.

Jak sie zyje w Australii, Kangaroo Island

Jak się żyje w Australii?

Dobrze, nawet bardzo. Nie bez powodu australijskie miasta wygrywają regularnie w rankingach na najlepsze miasta do życia. Zasługują na to.

Australia, jak każde inne miejsce na ziemi, ma swoje dobre i złe strony (chyba pora się o tych też trochę rozpisać). Zazwyczaj o przewadze tych dobrych, w swoim własnym życiu, decydujesz ty sam. Dokładnie tak samo jak w każdym innym miejscu na ziemi.

Warto też pamiętać, że nie ma czegoś takiego jak jeden, właściwy „australijski styl życia”, który opisać można w kilku słowach. Australia to kraj wielu kultur, kraj bardzo rozległy i różnorodny. To kraj który uczy uśmiechu. Kraj, który przypasuje wielu, ale nie każdemu. Na szczęście – inaczej wszyscy siedzielibyśmy pod tą samą palmą.

O życiu w krainie kangurów piszę w książce, „Julia jest w Australii”. Książkę możesz zamówić tutaj.