Jest takie miejsce, do którego przyjechałam bez powodu. To miejsce to Peru. Znalazło się na trasie mojej podróży tak po prostu. Nigdy mi się nie marzyło. Nigdy nie było w moich planach. W sumie to nie wiedziałam po, co tu jadę. Teraz już wiem. Peru to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Dla mnie. Posiada magiczną energię, której nie czułam nigdzie indziej.

Lima podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

różowa Lima

Wspomnienia z Limy

Skończyło się byczenie na wyspach Polinezji. Bałam się jechać do Limy. Bardzo się bałam. Czytałam, pytałam ludzi i wszyscy mówili, że Lima jest be. Że jest bardzo niebezpieczna, że nie ma do zaoferowania nic ciekawego, że nie warto być tam na dłużej. Więc wsiadam do samolotu Santiago-Lima lekko zmartwiona. Do tego jakiś wstrętny gnojek kopie nieustannie w mój fotel i radośnie się drze. Cudownie! Lubię dzieci, ale tego dziecka nie lubię. Proste. Spania nie będzie. Nie taki był plan… Na lotnisku czeka na mnie pan taksówkarz przysłany przez hostel no i ruszamy. Okolice lotniska faktycznie nie wyglądają zbyt ciekawie. Wielkie kładki nad ulicą, w oknach kraty nawet na ostatnich piętrach, samochody jeżdżące bez ładu i składu, przepełnione, stare autobusy i ludzie siedzący pod płotem. Ale są też kaktusy. Rosną sobie po prostu, przy drodze. Są kolorowe domy, murale wszędzie i coś intrygującego w powietrzu. Nie tylko smog, nie tylko wilgoć, ale coś co podpowiada mi, że będzie fajnie. Jest południowo amerykański bałagan.

Po 30 minutach dosyć szaleńczej jazdy, tak w Limie jeżdżą jak wariaci, dobijamy do hostelu – Boulevard Backpackers w dzielnicy Miraflores. Około 25 Soli za łóżku w pokoju wieloosobowy ze śniadaniem. Ładnie, czysto i przyjemnie. I co się dzieję, jak dojeżdżamy? Od razu dostaję zimne piwo, bo przecież jestem z Polski więc na pewno się napiję i spędzam dwie godziny na rozmowie z Igim, który w hostelu pracuje. To dwie godziny rozmowy o jego życiu, życiu dosyć przewrotnym i mrocznym. To historia człowieka, który z różnych powodów musiał uciekać z Amazonii do miasta i pewnie nigdy do dżungli nie będzie mógł wrócić. I wreszcie idę zobaczyć, co się dzieje w okolicy. W ciągu 5 minut docieram do parku Kennediego, do placu na którym się dzieje. Jest pełno ludzi, jest przesadnie czysto, są koty mieszkające tu na dziko, jest mnóstwo knajp, knajpeczek i hosteli, są uliczne stoiska z jedzeniem i peruwiańskimi duperelami. Gdzie się nie obejrzysz policjant rzuca czujnym okiem na sytuację. Ktoś gra na gitarze. Kawałek dalej siedzi zakochana para. Ktoś inny zajada się słodkim ryżem, a jeszcze inny ktoś  kanapką z serem. A ja co? A ja siadam na ławce i nie wierzę! Że niby Lima jest brzydka? Że brudna? Że taka niefajna? Że Miraflores to jest ok na dwa dni? To, gdzie ja w takim razie jestem?! Bo chyba nie w Limie, nie na Miraflores…

Ok. Pora się zbierać. Nietuzinkowych spotkań ciąg dalszy. Jest 19:30 i jest on – kolega Wójcikowski. Kim jest kolega Wójcikowski? Już kiedyś o nim wspominałam – pracowaliśmy w jednej korporacji, ale nigdy się nie poznaliśmy. Jego wezwał świat, mnie też, więc w świecie się spotykamy. I idziemy na pisco sour, czyli peruwiańskiego drinka, który w Chile uważany jest chilijski drink narodowy. Ja w to nie wchodzę. Ja piję. I nawet lubię to pisco. Jest trochę kwaśne, trochę cytrynowe, z odrobiną goryczy. O czym gadamy z kolegą Wójcikowskim? O tym dlaczego jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Dlaczego zostawiliśmy dotychczasowe życie i wywróciliśmy wszystko do góry nogami. Po godzinie dołącza do nas Alina. Ona też rzuciła wszystko w pizdu i zostaje w Limie na rok. Alina i kolega Wójcikowski nie są tu na wakacjach. Cel ich pobytu jest nieco wyższy. Są wolontariuszami w domu dla dzieci ulicy – Ayllu Situwa. W domu założonym przez Polaka. Ale o wyjątkowości tego miejsca i jego założyciela przekonam się za jakiś czas. Teraz pora na hamburgera. Przy placu Kennediego, jest takie miejsce, które nazywa się Miguel. Serwują tam mega smaczne hambugsy z mini frytkami i jajem w środku. Do tego fioletowy napój z kukurydzy, chicha. Pysznie słodki. Zestaw peruwiański. No i wreszcie czas na piwo. Cóż to byłby za wieczór bez piwa? Quesqenya. Macie ochotę?

Jakie jest Miraflores po zmroku? Równie bezpiecznie, jak w ciągu dnia. Jest dużo policji, jest dużo ludzi, dzieci bawią do północy na placu zabaw. Ale – trzeba być czujnym. Jak ważka. Odradzam noszenie szortów lub sukienek. Po co zwracać na siebie uwagę? W miasto zabieramy ze sobą tylko tyle, ile mogą nam ukraść. Reszta zostaje w hostelu. Uważamy z chwaleniem się telefonem lub aparatem. Szczególnie wieczorem. Dlatego nie robię dużo zdjęć. A oprócz tego to musimy czuć się pewnie! Jeśli będziemy snuć się przestraszeni po chodnikach, staniemy się potencjalną ofiarą. Więc głowa do góry, uśmiech na twarz i rozsądek. Są miejsca, gdzie lepiej nie zaglądać. Mimo, że ciekawość zżera. To chyba dobra recepta na Limę.

Igi zrobił dla mnie bransoletkę. Sam ją uplótł. To fajny gest. Dziękuję. Podobno jest w moich oczach, coś wyjątkowego… To ciekawe. Rozmawiamy przy śniadaniu. Dwie godziny, może trzy. Dołącza do na Lewis – Kolumbijczyk, który marzy o dziewczynie z Czech. A ja się staram go przekonać, że to jednak w  Polsce są najpiękniejsze dziewczyny. On się stara mnie przekonać, że Kolumbia jest bezpieczna i bardzo się zmieniła. Że to dobry czas, żeby przyjechać do Bogoty. Kto wie, może Kolumbia powinna być kolejna na mojej liście?

Łapię taksówkę. Cenę ustalamy z góry, oczywiście bez targowania się nie obejdzie. A taksówek w Limie jest pełno. Prawie każdy samochód ma naklejkę informującą o tym, że jest taksówką. A jeśli chodzi o liczniki to nie istnieją. Więc cenę ustalamy przed odjazdem. Za 12 Soli jadę do Chorillos, biedniejszej dzielnicy, gdzie znajduje się Ayllu Situwa, dom w którym pomagają kolega Wójcikowski i Alina. Taksówkarz każe mi zamknąć drzwi, co posłusznie wykonuję i przez okno bacznie obserwują okolicę. I znów się zachwycam. Piękne, kolorowe kamienice. Malutkie uliczki. Palmy. A potem osiedla za żelazną bramą. Podobno tu strzelali. Teraz jest bezpieczniej. Kolega Wójcikowski odbiera mnie z taksówki i idziemy kawałek. Na horyzoncie widać piaskową górę z kolorowymi „domami”, a raczej slumsami. Podobno jakiś czas temu nie było tam prądu i wody. Teraz już jest. Pani Jadzia nazywa to miejsce Betlejem. A kim jest Pani Jadzia? Mamą Jefe, założyciela domu dla dzieci ulicy. Pani Jadzia jest w Peru na kilka miesięcy, już nie pierwszy raz. Dobrze się tu czuje i wprowadza babcine, polskie serce w atmosferę tego miejsca. No i robi pyszne ruskie pierogi. Więc na obiad w Limie jem polskie ruskie pierogi. Fantastyczne ruskie pierogi. A na deser marakuja prosto z drzewa. Co za smak! Trochę kwaśna, trochę słodka, soczyście kleista, dojrzała w peruwiańskim słońcu. Wszystko popite tutejszych hitem. Co jest tym hitem? Inca Cola, czyli napój o jaskrawo żółtym kolorze, w smaku przypominający oranżadę Heleny, wyprodukowany na peruwiański rynek przez Coca-Colę. Sto procent chemii, ale jak ktoś lubi oranżadę… Inca Cola jest wszechobecna.

Ayllu Situwa. Jestem tu chwilę, kilkanaście minut, ale pierwsze wrażenie jest niezapomniane. Są chłopcy, którzy potrzebują pomocy i ludzie, którzy tym chłopcom chcą pomóc. Dają im możliwość na normalne życie, dają im szansę chodzenia do szkoły, dają możliwość wizyty u lekarza, dają ciepło, możliwość zjedzenia wspólnego obiadu. Dają im dom. Najprawdziwszy z prawdziwych. I nic nie oczekują w zamian. Może nie trafiłam tu bez powodu? W tym domu czuję się, jak w domu. Po prostu. I to nie jest przesada. Tylko chciałabym poznać Jefe.

Jedziemy z kolegą Wójcikowskim do Barranco, kolejnej pięknej dzielnicy Limy. I znowu – jest super, super czysto, barwnie i kolorowo. Knajpy, kawiarnie, śliczny kościół, oczywiście Starbucks, i deptak wprost nad ocean. I teraz dociera do mnie po raz pierwszy, że Lima to chyba jedno z najcudowniej położonych miast na świecie! Rozciąga się na wysokich klifach, u podnóża których biegnie szeroka, krajobrazowa droga. Słychać fale rozbijające się o brzeg, czuć morskie, słone powietrze. Po lewej Betlejem, po prawej wieżowce. A my siadamy w barze na piętrze z pięknym widokiem. Rozmawiamy o podróżach. O Nikaragui i Barcelonie, której nie da się nie kochać. O osobowościach, które się spotyka. I zgadzamy się, że to ludzie tworzą miejsca i od ludzi wszystko zależy.

Szukamy kawiarni. Pora na małe espresso. Tylko prawie wszystko tu pozamykane. Jest po południe, Barranco zaczyna żyć po zmroku. Znajdujemy jakąś spelunkę, ale kolega Wójcikowski decyduje, że idziemy dalej. I ma nosa, bo kawałek dalej jest miejsce, gdzie za wazony robią kalosze, a kawa ma prawdziwie kawowy smak.

Poranek jest pięknie słoneczny. Idę na spacer z Boulvard Backpackers na klify, 5 minut drogi. Nad urwiskiem są parki, park za parkiem, najpiękniejsze parki jakie kiedykolwiek widziałam, z najpiękniejszymi widokami. Łażę, gapię się, siadam na ławce, rozkładam się na trawniku i idę dalej. Klify są inne niż te w Australii, ale równie wysokie. Ocean jest delikatnie wzburzony. W dole widać zmagających się z falami surferów, a w górze ludzi przyczepionych do latawców. Można się przelecieć i poobserwować świat. Około 150 Soli za 15 minut. Może być fajnie, ale… Mój lęk wysokości zwycięża. Więc poprzestaję na obserwacji z poziomu ziemi. I nie chcę przestać.

W parkach oczywiście darmowy internet. Mogłoby tak być u nas? Chyba byśmy nie pogardzili… Palmy, piękne rzeźby, i kawiarnia tuż nad zboczem. A jeden z parków wyjątkowo przypomina Barcelonę. Zobaczcie sami. Ja chcę tu zostać na dłużej.

Barranco nocą. Ok. Zapowiada się dobrze. Spotykam się pod kościołem na Plaza de Armas de Barranco. I idziemy oglądać zachód słońca. Znowu. Gdzie są najpiękniejsze zachody słońca. W Limie! Różowa, miejscami fioletowa poświata. Pomarańczowa piłka, która chowa się powoli za linią oceanu. Kolory nieba stają się bardziej intensywne z minuty na minutę. Błękit miesza się ze słoneczną żółcią. Na początku jest pastelowo. A po chwili robi się cukierkowo. Powietrze nadal ciepłe, wydaje się się mieć malinową barwę. Po lewej, na wzniesieniu rozbłyska wielki krzyż. Powoli zapada zmrok, a do nas dołącza kto? Jefe! Spóźniłeś się na najbardziej bajkowy zachód słońca, jaki widziałam! No tak, Ciebie to pewnie nie rusza…. W końcu jesteś tu od 13 lat.

Jefe przyjechał do Peru i miał zostać misjonarzem. Miał, ale życie chciało inaczej. On chciał inaczej. Otworzył swój dom dla chłopców, którzy do tej pory funkcjonowali na ulicy. Dla chłopców, którym przyszłość nie miała wiele do zaoferowania. I tak już przez lata jego dom jest ich wspólnym domem. Ciężko pracuje, żeby utrzymać swoją rodzinę, żeby dać tym dzieciakom wszystko, czego potrzebują do szczęśliwego życia. W domu pomagają mu wolontariusze z całego świata. Tacy ludzie z wielim sercem, jak Alina i kolega Wójcikowski. Wolontariusze wciąż się zmieniają. Jedni przyjeżdżają, inni wyjeżdżają. Ale zawsze jest ktoś, kto pomoże w lekcjach, zrobi śniadanie, pogra w piłkę, czy postawi do kąta. I każdy może pomóc. Jeśli tylko masz ochotę zostać wolontariuszem i pomóc komuś, kto tej pomocy potrzebuje, odezwij się do fundacji Papaya. Co więcej Unia Europejska, albo polski rząd może cię wspomóc finansowo. Ciekawe? Też nie wiedziałam. A jeśli nie chcesz jechać, przemyśl to jeszcze raz bo to może być „to”, co w życiu powinieneś zrobić, możesz pomóc też zasilając codzienny budżet domu Ayllu Situwa. Jest tylko opcja A, albo B. Nie możesz olać sprawy. Fundacja Papaya.

Plączemy się wąskimi uliczkami Barranco. Zaglądamy do knajpy w stylu Garażu 108 mojego taty, gdzie na stole leży rozparcelowana na kawałki krowa. Na kolację będą kotlety. Świeże.

Ale my idziemy dalej. Na drinka. Pogadać. No i oczywiście gęba mi się nie zamyka, a ślina przynosi na język coraz to nowe pytania. Kim jesteś? Dlaczego tu jesteś? Gdzie byłeś wcześniej? Po co? I co teraz? Z kim? Jak? Czy? Bo? A ty Jefe dzielnie na te pytania odpowiadasz, uchylając przede mną rąbka tajemnicy. Tajemnicy swojego życia. Przepraszam jeśli jestem zbyt bezpośrednia, ale ciekawość wygrywa. Ciekawość człowieka o gołębim sercu, schowanego za dziwną zbroją. Człowieka, którego życiorys zasługuje na Oscara. Człowieka, który niebezpiecznie wciąga, mimo że rzadko patrzy prosto w oczy. Może ja tu zostanę na dłużej? Może wrócę na wolontariat? Może pozwolisz napisać o sobie książkę? Może…

Godziny lecę, jak sekundy. Opróżniamy szklankę za szklanką. Zgłodnieliśmy. Więc co zjemy? Bawole serce. Nie wiem, czy chcę, ale podobno jest smaczne. I jest bardzo smaczne. Zresztą, jak wszystko. Mięso i kukurydza. Pycha. A co po kolacji? Czas na kąpiel. Idziemy nad Ocean. Marzę, żeby zamoczyć stopy. Zrzucamy buty, podwijamy spodnie i robimy kilka kroków do przodu. Wolność? Wolność! Mocniejsze uderzenie i moje spodnie są mokre po kolana. Nie przejmuje się. Stoimy w czwórkę i chyba wszyscy czujemy się, jak dzieci. Niewinność, naiwność, niezależność, nieodparta pokusa zatrzymania czasu. Chwilo trwaj.

Nie chcemy, żeby wieczór się skończył. Siadamy na wysokim tarasie jednej z knajp. Pijemy piwo i robi się prawdziwie latynowsko. Jest muzyka. Muzyka specjalnie dla nas. A właściwie to trochę dla mnie, bo w prawie każdej piosence pojawia się moje imię. Peru przestań, bo się w Tobie zakocham po uszy!!! Uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Towarzystwo doborowe. Muzyka wyśmienita. Same plusy.

Bo ktoś mi mądrze powiedział. Z Limą to jest tak: kochaj, albo rzuć. Ja kocham. A Wy?

Teraz czas na Świętą Dolinę i trochę magii. Czary mary, czary mary!

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.

Zastanawiasz się, nad podrożą dokoła świata?

Mam dla Ciebie 16 powodów, dla których powinieneś wyjechać jeszcze dziś!