Spotkaliśmy już żółwie i rekiny. Ganialiśmy za stadem motyli, nie jednym zresztą. Napoleon jadł nam z ręki, a w nocy złowiliśmy paskudnego węgorza. Gapiliśmy się w gwieździste niebo, popijając słodkie wino. Leniwie. Spacerowaliśmy po plażach wyłożonych koralami, żeglowaliśmy, gdzie nam się tylko zachciało, a teraz chcemy, jako pierwsi wydeptać ślady na piasku. Ot co! Chcemy dzisiejszego poranku, rozdziewiczyć najpiękniejszą plażę świata.

W końcu przychodzi czas, żeby zwinąć się z raju i płynąć na poszukiwanie kolejnego. Opuszczamy  magiczną plażę Crayfish i pod żaglami ruszamy w stronę wyspy Whitsunday, wyspy na której znajduje się najpiękniejsza plaża archipelagu i jedna z najpiękniejszych plaż świata, Whitehaven Beach.

Suniemy spokojnie wzdłuż skalistego wybrzeża Hook Island, tym razem na południe. Słońce dzieli się dziś z nami dobrym nastrojem, który wszystkim mocno się udziela. Nawet delfinom, które postanawiają powygłupiać się tuż za naszą burtą. Potem wypatrujemy kolejnych, ale nic. Nic, aż do chwili gdy zarzucamy kotwicę w Tongue Bay – wtedy dzień dobry mówią nam wielkie żółwie.

Widok na Whitehaven Beach – Hill Inlet

Tongue Bay to urocza zatoka przy północno-wschodnim brzegu wyspy Whitsunday, największej i najbardziej znanej z wysp tego australijskiego wyspiarskiego zagłębia. Miejsce jest popularne wśród żeglarzy, bo wzgórza wyspy osłaniają zatokę skutecznie przed wiatrem. Trzeba jednak uważać i trzymać się środka, bo przy odpływie brzeg odsłonięty jest chyba na kilkaset metrów więcej.

Po późnym obiedzie, odpalamy ponton i zmierzamy w stronę lądu. Oczywiście jest wspomniany odpływ i daleko nie udaje nam się dopłynąć. Odsłonięte koralowce i ostre skały utrudniają dojście na plażę; zajmuje nam to dobre 20 minut. Dalej znowu spacerem (nie ma zmiłuj), pod górę, przez las, wyznaczoną i łatwo dostępną ścieżką, na punkt widok zwany Hill Inlet skąd rozpościera się jeden z najbardziej znanych i chyba najczęściej fotografowanych widoków na plażę Whitehaven i wyspy Whitsunday.

Hill Inlet widok

Biały piasek i błękitna woda mieszają się ze sobą, malując niezwykłe smugi, smugi, które wpasowują się idealne jedna w drugą. Widać stąd Whitehaven Beach, Solway Passage i Hill Inlet. Niestety, trafiamy tu trochę o złej porze dnia, bo cień rzucany przez wyspę odbiera miejscu jego wyraźne barwy, ale i tak jest zjawiskowo.

Podczas spaceru powrotnego, słońce zaczyna powoli chylić się do snu i świat nagle świat wygląda jak przez różowe okulary. Z przyjemnością, w tym różowym otoczeniu, rozsiadamy się na krótką chwilę na plaży po wschodniej stronie półwyspu.

A potem w ciemności, niezbyt rozsądnie, wracamy na pokład.

Ze snu budzi mnie pomrukiwanie silnika. Sam robi wszystkim drastyczną pobudkę. Postanawiamy ruszyć wraz ze wschodem słońca tak, aby na plażę Whitehaven dotrzeć jako pierwsi. Wstać łatwo nie jest, ale gdy już wystawisz łeb spod pokładu, od razu zaczyna ci się chcieć więcej.

Plaża Whitehaven – najpiękniejsza plaża świata

Plaża Whitehaven rozciąga się na długości 7 km. Piasek jest tu wyjątkowo delikatny i bardzo jasny, bo składa się w 98% z krzemionki. Woda jest krystalicznie czysta, a do brzegu nieśmiało skradają się płaszczki. Z rajskich rzeczy brakuje tylko palm; są zaledwie dwie i to pewnie posadzone tu kilka lat temu. Plaża odgrodzona jest od reszty wyspy pachnącymi drzewami herbacianymi.

Najlepiej dotrzeć tu bladym świtem, jeszcze przed tłumem turystów. Można wtedy wydeptać pierwsze ślady w piasku doskonałym i mieć ten kawałek raju tylko dla siebie.

bezludna Whitehaven Beach

Potem się zaczyna – najpierw samoloty, żaglówki (jedna za drugą), promy i wreszcie helikoptery. Na niebie – korek. W zatoce – spory ruch. Plaża budzi się do życia.

Na szczęście tutaj nigdy nie będzie zbyt tłoczno, bo na plażę Whitehaven dostać się nie jest łatwo. Ukryta jest na jednym z brzegów wyspy Whitsunday, odcięta od reszty świata. Trzeba albo dolecieć prywatnym samolotem, albo dopłynąć pod żaglami. Albo po prostu wykupić jednodniową wycieczkę z miasteczka Airlie Beach, co jest opcją najtańszą i najpopularniejszą wśród nas, turystów.

Na wyspie nie ma hoteli, nie ma restauracji i sklepów. Jest tylko mały kemping, kilka drewnianych stolików i święty spokój.

Otumanieni tą atmosferę spokoju, zapuszczamy się na drugi kraniec plaży spacerem. Im dalej od „centrum”, tym ludzi coraz mniej. Można tak iść i iść godzinami. I wydaje ci się, że już prawie jesteś na końcu, ale to „prawie” nigdy nie znika. Plaża ciągnie się w nieskończoność.

Musimy zawrócić, bo czeka nas przeprawa na drugą stronę cypla do zatoki Chance. Męska część załogi bierze łódź i płynie na drugą stronę przed odpływem, który zatrzymałby nas na noc. My idziemy piechotą w górę i w dół. Szlak zaczyna się tuż przy kempingu. Można zrobić małe kółeczko tylko dla rozrywki i wrócić z powrotem na Whitehaven Beach, albo można iść dalej tak, jak robimy to my. Ścieżka jest całkiem dzika, obrośnięta niesfornymi krzakami i drzewami niegrzecznie podstawiającymi korzenie pod nogi. Jednak zamiast gapić się w dół, lepiej zerknąć na to, co dzieje się pod sufitem – to tu drzemią kolorowe motyle, wystarczy machnąć rękoma, żeby obudzić je ze snu.

Punktem kulminacyjnym jest szczyt góry – to jeden z moich ulubionych widoków. Nie jest zbyt tropikalny, wcale nie jest też super bajkowy, ale jakoś mnie urzeka. Mam nadzieję, że Was też.

widoki z wysypy whitsunday w drodze do chance bay

Kwestie przypływów, odpływów i konieczność dotarcia na dzisiejszą noc do portu na Hamilton Island, nie pozwalają nam zaplanować najlepiej kolejnych kilku godzin. A szkoda, bo okolica Chance Bay ustępuje Whitehaven Beach chyba tylko wielkością. Piasek jest tu identycznie biały i delikatny, a woda identycznie krystaliczna. Wygrywa – pustką. Nie ma tu nikogo oprócz nas.

Wyspa Hamilton

Po chwili zadumy, rozstawiamy żagle, a wiatr idealny zaczyna nas pchać w odpowiednim kierunku. To chyba najlepsze warunki, jakie dotychczas mieliśmy. Nie musimy robić nic – łódź decyduje sama.

Dzisiejszą noc spędzimy w towarzystwie cywilizacji. Uzupełniamy wodę, benzynę i bierzemy dłuuugie, gorące prysznice.

Wyspa Hamilton to najbardziej turystycznie popularna z wysp archipelagu Whitsundays. Pełno tu hoteli, hotelików, pensjonatów, sklepów, galerii i restauracji, a w marinie stoją dumnie zacumowane luksusowe łajby. Na wyspie jest lotnisko i to stąd również odpływają promy zarówno na plażę Whitehaven i do miasteczka Airlie Beach.

Hamilton, mimo że jest dość spora, jest wolna od ruchu samochodowego. Po wyspie można poruszać się jedynie tzw. meleksami. Dodaje to miejscu fajnego klimatu. I myślę sobie, że jeśli kiedyś zamarzą mi się leniwe wakacje, to przyjadę właśnie tu, bo wszystko wydaje się być świetnie zorganizowane. No i są palmy, a bez palm nie ma wakacji!

Wysypiamy się za wszystkie czasy, wreszcie nie jest jak w kołysce.

Przeczytaj wszystkie wpisy z naszego rejsu po Whitsundays: