To był wyjątkowo upalny, styczniowy dzień. W końcu styczeń to w Australii środek lata, jak mogłoby być inaczej. Wśród wypalonych tym letnim słońcem przestrzeni, wyróżniały się jedynie zielone drzewka winogron. Po beżowych pagórkach spacerowały równie beżowe owce, a niebo malowało się błękitem. Do czasu.

Kliknij, obejrzyj nasz filmik z drona i polub nasz kanał na Youtubie!

Na posesję prowadziła aleja wysadzona dębami korkowymi, sprowadzonymi tu z Europy lata temu. W ogrodzie rozstawiono namiot, a w nim długi stół, przy którym, tego popołudnia, miało zasiąść czterdziestu gości z trzynastu krajów.

Goście

„Our Table” to spotkanie miłośników dobrej kuchni (tato, byłbyś zachwycony!), które w tym roku zostało zorganizowane po raz pierwszy w dolinie Barossa, w okolicach Adelajdy, dla całkowicie międzynarodowego towarzystwa. Byli…

Chris z Londynu

(czyli tzw. food snob; od niedawna mieszka w Sydney)

Patrick z Nowego Yorku

(Guy named Patrick – ten gość z Instagramu, którego śledzi niemalże pół miliona osób)

Billy z Australii

(czyli jeden z uczestników australijskiego MasterChefa)

I'm feeling the humidity today. Chilled buckwheat noodle soup for lunch? 🍜

A post shared by BILLY LAW – A TABLE FOR TWO (@billy.law) on

Nasza wspólna podróż zaczęła się kilka dni wcześniej, w Melbourne, podczas Australian Open. Mieliśmy okazję obejrzeć najlepszych tenisistów na świecie (jakbyście się kiedyś zastanawili, czy warto jechać do Melbourne w tym czasie, to tak – bardzo warto), a potem ruszyliśmy do Adelajdy (jakbyście się zastanawiali, czy Adelajda jest fajna to tak – jest bardzo fajna).

Wystarczyło zaledwie kilka wspólnie spędzonych dni, abyśmy poczuli się jak dobrzy znajomi, którzy właśnie mieli zacząć wieczorne spotkanie, by poznać się jeszcze lepiej.

Jednak podczas tej kolacji nasza rola nie kończyła się na byciu „gośćmi”. Wszystkie zaserwowane dania, inspirowane były ulubionymi smakami i najlepszymi wspomnieniami osób przybyłych z tych odległych i tak różnych zakątków świata! I to chyba najlepsza część tej całej zabawy.

Jedzenie

Na przystawkę podano sajgonki z wieprzowiną i grzybami shitake według rodzinnego przepisu Ai Sugiyama (japońskiej ex-tenisistki), a na danie główne risotto z kalafiorem – budzące wspomnienia z włoskich wojaży chińskiej pisarki Huo Yan. Deser miał w sobie nutkę polskości, chociaż zaproponowany został przez dziewczynę z Serbii – ciasto z wiśniami, polane śmietanką-kremówką i do niego kieliszek różowego wina. Mniam!

Przy stole wrzało. Ale wrzało też na horyzoncie. Na niebie, pojawiła się fioletowo-szara chmura, która powolnie zmierzała w naszym kierunku.

Burza przyszła szybciej niż wszyscy się spodziewali, a wiatr zacinał tak mocno, że nie nadążaliśmy z zamykaniem ścian namiotu. Po chwili każdy był przemoczony. Gitarzysta musiał przygrywać głośniej, bo zagłuszały go grzmoty i echo rozbijających się kropli. I to wtedy zrobiło się jeszcze bardziej rodzinnie.

A jakie danie jest dla ciebie tym szczególnym?

To pytanie przewijało się w rozmowach cały wieczór.

– Nie wiem, czy mogłabym wybrać coś prostszego. – Odpowiedziałam. – Domowy chleb mojego taty z masłem, którego zapach wdzierał się do każdego pokoju w naszym domu (tak tato, to też do Ciebie).

– Ziemniaki z koperkiem, sznycel z kurczaka i mizeria, a do tego kompot ze śliwek – wspominał Sam. – Tak wyglądały niedzielne obiady u mojej polskiej babci w Melbourne.

Deszcz nie odpuszczał, ale nikt nie narzekał. Wymienialiśmy tylko miejsca przy stole, aby móc dzielić się kolejnymi spostrzeżeniami.

A stół był potężny, piętnastometrowy, wykonany z drzewa eukaliptusowego, przecięty szkłem o nietypowym kształcie strumyka płynącego przez tamtejszą posesje (tato, byłbyś nim zachwycony!). Jacob’s Creek znaczy dosłownie „strumyk Jakuba” – to od jego nazwy, te australisjkie wina wzięły swoją.

A jakie danie jest dla was tym szczególnym?