W szkołach uczą o kapitanie Cooku, który odkrył niezamieszkały ląd. Ale Australia wtedy już dawno była odkryta i zamieszkana, i jej historia powinna być opowiedziana na nowo. Przeszłości się nie odwróci, ale o przeszłości można mówić prawdę, trzeba mówić prawdę i wyciągać z niej wnioski na przyszłość. Bo historia lubi, niestety, zataczać koło…

Australia – najechana czy odkryta?

Premier australijskiego stanu Queensland, Annastacia Palaszczuk (tak, ta Pani ma polskie korzenie) wypowiedziała ostatnio głośno słowa, które tutejsi politycy (zresztą nie tylko oni) raczej zatrzymaliby na etapie niesfornej myśli, w temacie, którego stanowczo wolą unikać.

„Przez wiele lat australijskie szkoły i instytucje nie mówiły prawdy o tym, jak Australia została zasiedlona. Wielu rdzennych mieszkańców straciło wtedy życie, doszło do niezliczonych masakr, a prawda zawsze powinna być opowiedziana.”

Włożyła kij w mrowisko i popchnęła go mocniej, gdy dziennikarz spytał: „Czyli uważasz, że Australia została najechana?”

„Tak”, odpowiedziała krótko.

Jej wypowiedź nie wzięła się oczywiście znikąd, była reakcją na nowe wytyczne przedstawione studentom Queensland University i University of New South Wales i reakcją na reakcje mediów i niektórych komentatorów.

W tzw. Diversity Toolkit studenci UNSW mogą przeczytać, że historia Australii powinna być podzielona na tą przed inwazją i tą po inwazji. Że Australia była najechana, okupowana i skolonizowana. Że określenie „odkrycie Australii” jest krzywdzące dla większości jej rdzennych mieszkańców, których nie powinni swoją drogą nazywać Aborygenami, tylko właśnie rdzennymi mieszkańcami z Australii, aby ich nie obrazić. W podobnym tonie wypowiada się QLD University.

Co na to sami Australijczycy? Oburzają się, a może spłycają temat?

Zawsze jest podobnie, gdy rozmowa powraca, a powraca jak bumerang przynajmniej dwa razy w roku, raz przy okazji styczniowego Australia Day (dnia, gdy  ma być wspomniane „odkrycie” Australii; dla tuziemców to „dzień masakry”), drugi raz wraca przy okazji kwietniowego Anzac Day (dnia, kiedy wspomina się australijskich i nowozelandzkich żołnierzy, którzy zginęli podczas I Wojny Światowej).

Dziś Australijczycy oburzają się jeszcze bardziej, i jeszcze bardziej zamiatają sprawę pod dywan, bo ktoś wpływowy, mądry, uczony uderza młotem (bo to nie jest niewinne pukanie) w przekonania i wiedzę, która była im serwowana przez lata.

Spytałam dziś Sama:

„Czy w szkole cię uczyli o tym, jak postępowali wobec Aborygenów kolonizatorzy?”.

„Raczej nie”.

Raczej nie – to była jego odpowiedź. W australijskich szkołach NIE uczą jasno o tej ciemniej stronie australijskiej historii, o prawie, które przez lata umieszczało rdzennych mieszkańców w Australii w spisie treści razem z fauną i florą, o prawie, które pozwalało na legalne zabijanie. Nie uczą o skradzionych pokoleniach, o masowych mordach, niewolnictwie, wyrządzanej krzywdzie, o zarazach, których nie wytrzymywali tutejsi.

Aborygeni większości kojarzą się z tymi leniwymi, nadużywającymi alkoholu, wspieranymi przez rząd i otrzymującymi pieniądze „za nic”, z tymi sprawiającymi kłopoty i opierającymi się usilnie wspaniałości naszej zachodniej cywilizacji. Łatwiej przecież iść za stereotypami popieranymi przez większość.

W szkołach uczą o kapitanie Cooku, który odkrył Australię, ląd niezamieszkany. Biedaczek, nie wiedział wtedy, że był on zamieszkany od dziesiątek tysięcy lat…

Ale my dziś wiemy. I wiemy też, że ci, którzy w osiemnastym wieku dotarli do australijskich brzegów brutalnie przekroczyli granice określające pokojową kolonizację. Znaczy… wciąż niewielu wie.

Bo Australia jakby się… wstydzi? Czy wstydzi się swojej historii?

Trudno przyznawać się do takich błędów, nic dziwnego. Trudno też wymagać od Australijczyków poczucia winy i ciągłego bicia się w pierś za błędy tych, którzy je lata temu popełnili. Trudno wymagać zrozumienia tych dawnych zdarzeń od osób, które przez lata żyły z zupełnie inną wiedzą – wiedzą o kolonizatorach, którzy stworzyli tą piękną Australię, w której oni dziś żyją. W której ja dziś żyję.

Ale chyba można wymagać powiedzenia historycznej prawdy głośno i wyraźnie? Nie tylko tu, W Australii, ale na całym świecie, bo czy my również nie uczyliśmy się w szkołach o „odkryciu” Australii przez dzielnego Cooka?

Czy można wymagać powiedzenia historycznej prawdy nie tylko O Australii, ale też o Amerykach, Afryce, wielu miejscach Azji? Czy można wymagać, żeby świat przepisał swoją historię?

Czy Australia przepisze swoją historię? Czy zmieni się myślenie i rdzenni mieszkańcy Australii zaczną być szczerze szanowani i doceniali przez wszystkich tych, którzy żyją tu dziś? Czy najstarsza, wciąż istniejąca kultura świata znajdzie się kiedyś na podium, które, zgodnie z logicznym myśleniem, powinno się jej należeć?

Osiem lat temu, ówczesny australijski premier, Kevin Rudd, przeprosił Aborygenów, przeprosił za „skradzione pokolenia”, za dzieci odbierane brutalnie rodzicom. To były pierwsze przeprosimy, jakie kiedykolwiek otrzymali. Osiem lat temu!

Czy dużo się od tamtego czasu zmieniło? Czy od tych przeprosin dużo się zmieniło? Na pewno trochę, na pewno rdzenni mieszkańcy otrzymują większe wsparcie, ale fakty wciąż nie są uwypuklane.

Może słowa Pani Palaszczuk i decyzje uniwersytetów nakierują działania australijskiego rządu i społeczeństwa na skuteczny tor?

Przeszłości się nie odwróci. Nie chodzi o to, żebyśmy teraz wszyscy chowali głowy w piasek ze wstydu. Ale o przeszłości można mówić prawdę, trzeba mówić prawdę i wyciągać z niej wnioski na przyszłość.

Bo historia, niestety, lubi zataczać koło…

Długo już przyglądam się temu, jak dziś żyją tu Aborygeni, przyglądam się też opowieściom o tym, jak żyli kiedyś. Przyglądam się ocenie sytuacji przez społeczeństwo dziś, znajdując racje po obu stronach, powoli i ostrożnie wyrabiając sobie swoje zdanie. Nic nigdy nie jest czarne albo białe.

Zdjęcie: Rusty Stewart