Pracowaliśmy przez ścianę, a poznaliśmy się dopiero w Peru, w trakcie mojej podróży dookoła świata. 

Przez kilka lat pracowaliśmy w jednej firmie, ale los nie chciał żebyśmy poznali się w Warszawie, bardzo nie chciał. Jakimś cudem nie mijaliśmy się na korytarzach, nie przygotowywaliśmy wspólnych projektów, nigdy na siebie nie trafiliśmy. Do czasu.

Spotkaliśmy się… w Limiem w trakcie mojej podróży dookoła świata. Do dziś jesteśmy przyjaciółmi. Poznajcie Tomka – chłopaka, który jest szczęśliwy.

Tylko uważajcie, bo jego historia inspiruje i może się tak zdarzyć, że jutro wywrócicie swoje życie do góry nogami!

Tomek4

„Powiedziałem mojej szefowej, że świat mnie zawołał”, Tomasz Wójcik

Pracowałeś sobie fajnie, w fajnej korporacji, z fajnymi ludźmi i pewnego, fajnego dnia powiedziałeś- stop. Czemu? Czemu zdecydowałeś się zmienić swoje życie, Tomku?

Fakt, pracowałem w bardzo fajnym miejscu, redakcji „Dzień dobry TVN”, spędziłem tam prawie 5 lat i poznałem cudownych ludzi, z wieloma przyjaźnię się do dziś. Byłem na 3 roku studiów, gdy dostałem tę pracę. Pochłonęła mnie. Skończyłem studia, ale nie miałem okazji wyjechać na wymianę studencką np. na Erasmusa, o czym zawsze marzyłem. Brakowało mi tego, żeby przez kilka miesięcy pomieszkać w innym kraju, poznać nowe miejsce, to wciąż za mną chodziło. Oczywiście dzięki temu, że pracowałem mogłem sobie pozwolić na podróże, ale zawsze było to ograniczenie czasowe, że konkretnego dnia muszę być z powrotem przy biurku. Tak też było w przypadku moich krótkich wakacji w Barcelonie. Pojechałem, miałem tylko kilka dni i nie chciałem stamtąd wracać. Po przyjeździe, przez kilka tygodni myślałem, czy to zrobić, czy warto zostawić pracę, rodzinę, przyjaciół i tak po prostu przeprowadzić się do innego miasta, gdzie nikogo nie znam, i zdać się na los…

Jak było ze strachem?

Bałem się i to bardzo. Każdy by się bał! To była jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Miałem dobrą pracę, fajne i wygodne życie, ale wciąż brakowało tego „czegoś”. Poza tym bałem się, bo nie wiedziałem co ten potencjalny wyjazd mi przyniesie. Ale stwierdziłem, że teraz albo nigdy. Pewnego dnia poszedłem do mojej szefowej i powiedziałem, że „świat mnie zawołał” i potrzebuję kilku miesięcy wolnego. Nie wiedziałem, co się stanie. Początkowo poważnie myślałem, że po tych kilku miesiącach wrócę do swojej starej pracy. Sprzedałem samochód, miałem jakieś oszczędności i z jedną walizką wyruszyłem w ten świat. W końcu największym ryzykiem jest nie ryzykować, a nie chciałem mieć za kilka lat poczucia, że żałuję czegoś, czego nie zrobiłem.

No i gdzie pojechałeś na początek?

Do Barcelony oczywiście, bo tam ten pomysł opuszczenia mojej bezpiecznej przystani się narodził. Na miesiąc przed wyjazdem poszedłem na intensywny kurs hiszpańskiego, żeby mieć podstawy. W Hiszpanii znałem Gosię i Sergiego, którzy mieszkają 100 km. od Barcelony i oni na początku bardzo mi pomogli. Po kilku dniach pobytu u nich, znalazłem mały pokój w Barcelonie na wzgórzu nieopodal cudownego Parku Guell. Zapisałem się do szkoły na intensywny kurs języka. Moim celem było opanować hiszpański na tyle, żeby móc pojechać do Ameryki Południowej i swobodnie się porozumiewać. I nauczyłem się szybko, bo mieszkałem z ludźmi, którzy w ogóle nie mówili po angielsku. Dzieliłem mieszkanie z Włoszką, Peruwiańczykiem i dwiema Nikaraguankami. Wchodząc do kuchni nie wiedziałem jak powiedzieć smacznego, jak poprosić o nóż, albo zapytać gdzie jest patelnia. Z nimi uczyłem się każdego dnia.

Ja też uwielbiam Barcelonę! Od pierwszego „spotkania” dobrze czułam, a rzadko kiedy mi się to zdarza… Miałeś tak samo, czy jestem wariatką?

Czytałem kiedyś „Cień wiatru”, książkę, której akcja rozgrywa się w Barcelonie. Tam było takie zdanie, że Barcelona to miasto które ma czarodziejską moc. Zanim się człowiek obejrzy, wejdzie mu pod skórę i skradnie duszę. Tak się ze mną stało. Barcelona totalnie mnie pochłonęła i do dziś jestem od niej „uzależniony”. Czyli nie jesteś wariatką, albo obydwoje jesteśmy nie do końca normalni… W każdym razie, zawsze gdy wyjeżdżałem z Barcelony miałem poczucie niedosytu i poczucie, że nie mówię „żegnaj” tylko „do zobaczenia”. Od początku miałem mnóstwo przygód i historii, począwszy od szukania mieszkania, współlokatorów, potem pracy. Zacząłem to nawet wszystko spisywać i myślałem, że wydam książkę! Ale parę miesięcy temu przestałem pisać z braku czasu i teraz bardzo żałuję.

Tomek

Za co najbardziej lubisz Barcelonę?

Kocham to miasto za to, że ma klimat, za targi z jedzeniem, za rowery, za parki, fiesty dzielnic, tanie i dobre wino, tapas bary, za to że miałem tam pracę, gdy szalał kryzys, za to że w październiku wciąż mogłem opalać się na plaży… mogę tak wymieniać w nieskończoność. Ale chyba najbardziej lubię ją za to, że poznałem tam mnóstwo wspaniałych ludzi, bo gdyby nie oni to te tapas, wino i jazda na rowerze nie byłyby takie same.

Po Barcelonie przyszedł czas na Nikaraguę? Dlaczego akurat Nikaragua?

Przed wyjazdem do Barcelony wiedziałem, że jest takie państwo jak Nikaragua i że była tam wojna domowa, i trzęsienia ziemi. Ale nie wiedziałem nawet, jak się nazywa stolica! Jak już wspomniałem, tak się złożyło, że moimi współlokatorkami w Barcelonie były m.in. dwie dziewczyny z Nikaragui. Pokazywały mi zdjęcia i tak opowiadały o swoim kraju, że mnie zaczarowały. Znalazłem w miarę tani bilet i postanowiłem, że połączę Nikaraguę i Kostarykę w jeden wyjazd, a może nawet uda mi się dotrzeć do Panamy. Byłem zbyt ambitny, bo nie zwiedziłem nawet całej Nikaragui. 

Opowiedz trochę o tej podróży. Co robiłeś, gdzie byłeś, co widziałeś, czego nie? 

W Nikaragui spędziłem miesiąc. To była moja pierwsza backpackerska wyprawa w tamten rejon świata. Zacząłem od Leon, uniwersyteckiego miasta, gdzie kilka miesięcy wcześniej były moje koleżanki z Polski. Poleciły mi miejsca do spania, jedzenia i bary do odwiedzenia. I z początkowych 2 dni, jakie planowałem zostać w Leon, skończyło się na 7. Cały mój plan, który gdzieś tam miałem, stał się totalnie niepotrzebny. Po tych kilku dniach wiedziałem też, że raczej nie dotrę do Kostaryki, a o Panamie mogę zupełnie zapomnieć. Pojechałem lokalnym autobusem do miasta, gdzie mieszkają rodzice jednej z moich współlokatorek, potem do Granady i na południe kraju, i… zacząłem tęsknić za Leon, więc wróciłem tam jeszcze na kilka dni. Miałem już swoich lokalnych znajomych, jeździłem na pobliską plażę, rozmawiałem z ludźmi, siedziałem na chodniku popijając kawę (albo rum – w zależności od pory dnia), po prostu żyłem rytmem tego miasteczka.

Tomek1

Jak już złapałeś ten rytm to, co Ci się tam najbardziej podobało? Co jest fajnego w Nikaragui?

To, że wciąż jest najmniej zepsuta masową turystyką w Ameryce Centralnej. Pamiętam, że jak mówiłem komuś, że lecę do Nikaragui to reakcja była taka: Ale po co? Tam nic nie ma, leć do Kostaryki, albo Gwatemali. Fakt, pewnie są ładniejsze, może ciekawsze i mają więcej do zaoferowania. Ale to jedzenie ze stoiska za katedrą w Leon, fale na Playa Roca, kolorowa Granada, morze rumu Flor de Caña, moi nowi znajomi, ci lokalni i ci ze świata, z którymi wskakiwaliśmy na przyczepę auta, żeby wrócić z plaży gdy autobus był pełny. To jest moja Nikaragua. Aaa, i jeszcze zjazd na desce z czynnego wulkanu, czyli volcano boarding! Napisałem o tym nawet artykuł do National Geographic Traveller!

Wiem. Czytałam z zainteresowaniem siedząc na trawniku w Milanówku, a Ty byłeś wtedy chyba w Peru… Bo po Nikaragui przyszedł czas na Peru, tak?

Julka, między Nikaraguą a Peru to ja jeszcze miałem cały rok do zagospodarowania! Po Nikaragui wróciłem do Barcelony, oszczędności się kończyły, a ja nie chciałem jeszcze wracać do pracy w Polsce. Postanowiłem, że znajdę pracę w Barcelonie. Kolejne przygody z szukaniem mieszkania i pracy, ale wszystko się udało. Spędziłem tam kolejny wspaniały czas, w międzyczasie pracując jako kelner, barman, czasem dorabiając jako przewodnik polskich wycieczek, albo wykładając towar na targach ceramiki. Raz, żeby dostać pracę udawałem, że znam rosyjski (nigdy w życiu się nie uczyłem), a kierownik sklepu postanowił to sprawdzić. Niezłe jaja były! A potem kilka miesięcy pracowałem jako załoga szybkich hiszpańskich pociągów. Człowiek orkiestra haha. Aż do końca roku, kiedy to postanowiłem, że wracam do Polski, że chyba już czas. Wrócę na Święta, potem zacznę szukać pracy, a może wrócę do poprzedniej… Spakowałem się i jechałem na lotnisko. Smutny byłem. Niby cieszyłem się, że jadę do domu, ale wiedziałem, że będzie mi ogromnie brakować tego mojego życia w Barcelonie.

Wróciłeś do Polski i co?

I wtedy moja przyjaciółka przysłała mi taki link:

Tego samego dnia zobaczyłem na portalu z promocjami lotniczymi, że jest świetna oferta na loty do Limy z wylotem skąd? Z Barcelony! Kupiłem bilet. Postanowiłem lecieć do Peru na 3-4 tygodnie, a po powrocie zająć się szukaniem pracy. Od razu odezwałem się do Jacka, którego poznałem przygotowując jedno z moich ostatnich wydań DDTVN. Był naszym gościem. Jacek prowadzi dom dla dzieciaków ulicy w Limie, zresztą o tym już pisałaś (o wolontariacie w Peru możecie poczytać tutaj). Pomyślałem, że mogę pomóc choć mój wyjazd był bardzo, krótki jak na wolontariat. Ale okazało się, że mogę i że mnie chcą. No to poleciałem!

Jak Ci było w Peru? 

W Peru, a zwłaszcza w Limie, bo tam spędziłem większość czasu, czułem się jak w domu. Bo w sumie byłem w domu, Ayllu Situwa. Dom pełen dzieciaków, odwiedzających rodzin, wolontariuszy, znajomych, pies, drzewko marakui, ogródek. Od początku poczułem, że jestem w wyjątkowym miejscu, zresztą wiesz bo wpadłaś na chwilę na pierogi pani Józefy (o mojej wizycie w Limie możecie przeczytać tutaj). Sama Lima też mnie zaskoczyła i to pozytywnie., aczkolwiek to ogromne miasto i poza turystyczno-biznesowym Miraflores, ma też swoje ciemne oblicza. No i wreszcie Cuzco, Ollantaytambo i Machu Picchu. Niezapomniane wrażenia, bardzo chciałbym tam kiedyś wrócić. Peru tak mnie urzekło, że z  początkowych 3 tygodni, które miałem tam spędzić zrobiły się prawie 2 miesiące, a ja wciąż miałem ochotę na więcej.

Jak to jest Twoim zdaniem być wolontariuszem? 

Na pewno trudna, ale też dająca satysfakcję. Paulina powiedziała Ci więcej na ten temat (rozmowa z Pauliną o Peru to przeczytania tutaj), bo ona spędziła z dzieciakami rok. Ja wpadłem na kilka tygodni, tak znienacka. Ale jakoś szybko się zaaklimatyzowałem. Akurat były wakacje i niektórzy z chłopaków chodzili na dodatkowe zajęcia do szkoły, więc mogłem pomóc im w odrabianiu lekcji, czy nauce angielskiego, ale też graliśmy w piłkę, chińczyka, albo czytaliśmy książki. Pierwszy raz w życiu pracowałem z dziećmi. Nie wiedziałem, czy potrafię, czy się nadaję, to było dla mnie nowe. Ale ten wolontariat to wspaniali ludzie, których poznałem i cenne życiowe doświadczenie. Każdy powinien spróbować. Chociaż raz w życiu. Pomagać jest fajnie.

Tomek3

Wróciłeś do Polski, ale nie na długo. Znowu poleciałeś do Peru. Czemu? Czemu chciałeś tam wrócić?

Gdy nadszedł czas powrotu – płakałem na lotnisku. Chyba pierwszy raz w życiu wyjeżdżając skądś płakałem. Wróciłem do Polski i strasznie tęskniłem. Za dzieciakami, za nowymi znajomymi i za chaotyczną Limą. I chyba też trochę bałem się tego powrotu do Polski… Moja mama mówiła, że jestem ciałem w domu, ale głowa została tych kilkanaście tysięcy kilometrów dalej. Chyba tak było. I pewnego wieczoru dostałem informację o kolejnej promocji lotniczej do Peru. Lima z Europy za 150 euro! I jeszcze 1-dniowy przystanek w Rio de Janeiro po drodze! Napisałem do Jacka, czy mogę wpaść jeszcze raz. Zgodził się, więc znów poleciałem.

I Peru za drugim razem było takie samo?

Było jeszcze fajniejsze. Wracałem, jak do siebie. Wiem, może to zabrzmi głupio, bo nie spędziłem tam nawet pół roku, ale to dzięki wszystkim tym, których tam poznałem. Miałem już swoje ulubione miejsca, jedzenie, bary (pamiętasz te hamburgery, Julka?). Poza tym byłem już zżyty z dzieciakami i z domem. Zrobiłem im niespodziankę i zszedłem niespodziewanie rano na śniadanie. Nikt poza Jackiem nie wiedział, że przylatuję.

Tomek2

Czy Lima to Twoim zdaniem takie miejsce do mieszkania? Odnalazłbyś się tam na dłużej?

Myślałem o tym, gdy tam byłem. Lima szybko mnie „kupiła”, bo po tym jak słyszałem o niej tyle złego, że niebezpiecznie, że mgła cały czas, że nie ma co robić, zaskoczyła mnie wszystkim na odwrót. Na początku nie jeździłem zwykłymi autobusami tylko taksówkami, ale spróbowałem raz i nic się nie stało. Potem wracałem już nawet sam w nocy do naszej dzielnicy. Mgła? Słońce świeciło praktycznie przez cały czas kiedy tam byłem… Poza tym fajne bary z muzyką na żywo, pyszne i tanie jedzenie. Pomyślałem, że czemu nie? Może spróbować swojego szczęścia w Limie? Może pracować jako przewodnik po Peru, albo znaleźć jakąś inną pracę… Mój plan był taki – wracam do Polski, potem jadę na okres letni do Barcelony, a potem może Lima. Tylko życie chciało inaczej, ale tak to już bywa jak się coś zaplanuje… Do Barcelony pojechałem tylko na 10 dni tuż przed wylotem w jeszcze inny zakątek świata.

To gdzie jest ten inny zakątek świata? Gdzie Ty teraz jesteś i co tam robisz?

Od kilku lat mieszkam i pracuję w Dubaju. Choć w zasadzie to śmiało mogę powiedzieć, że pracuję w świecie. Tuż przed moim pierwszym wylotem do Peru, poszedłem w Warszawie na dzień otwarty arabskich linii lotniczych, które akurat rekrutowały w Polsce. Poszedłem, spróbowałem i tyle. Po kilku miesiącach, właściwie kilka dni po tym jak wróciłem z Limy, dostałem telefon z pytaniem czy wciąż jestem zainteresowany i czy mogę w czerwcu przylecieć do Dubaju. Nie zastanawiałem się długo. Poleciałem.

Uwielbiam Cię za konsekwencję, z jaką wykorzystujesz to, co los rzuca Ci pod nogi. Jak Ci tam jest, jak Ci się mieszka w Dubaju? 

Ja generalnie lubię miasta. Uwielbiam Nowy Jork, Rzym, świetnie czułem się w Auckland czy u Was w Brisbane., ale jak wiesz Barcelona jest wciąż moim numerem jeden. I po tym jak się mieszka jakiś czas w Barcelonie i lądujesz w Dubaju to hmm… jest duża różnica. Z jednej strony piękne szklane wieżowce, ładne plaże, najwyższy budynek świata, największe centrum handlowe, wszystko naj… Ale też ogromne odległości do pokonania, inna kultura, brak tej europejskiej swobody i ogromny upał latem. Początki nie były takie łatwe. Przyleciałem do Dubaju w czerwcu, środek lata i Ramadan przede mną. W dodatku 7-tygodniowe intensywne szkolenie, które zaczynało się 2 dni po przylocie. Musiałem znów zacząć wszystko od początku. Nawiązać znajomości, przyjaźnie, oswoić trochę ten Dubaj.

Jaki jest Dubai? Nudny? Fajny? Trudny? 

Na początku Dubaj jakoś mnie nie zachwycił, nie podobał mi się. Ale z każdym miesiącem zacząłem w nim coś odkrywać. A to jakiś park, a to fajną plażę (gdy już wreszcie nie było zbyt upalnie, żeby tam iść), a to koncert czy festiwal filmowy. I po kilku miesiącach już inaczej patrzę na to miasto, polubiłem je takim jakim jest. Do dziś nie widziałem większości atrakcji, które normalnie odwiedzają turyści, bo nie mam czasu (wiem wiem jak to brzmi). Myślę, że nie jest to moje docelowe miejsce, ale taki przystanek na jakiś czas. Na pewno to, co mi się tu podoba to klimat, i to że w styczniu wciąż jest ponad 20 stopni, a bluza przydaje się tylko wieczorami, ale to bardzo rzadko.

Są jakieś rzeczy, które możesz wiedzieć o Dubaju dopiero, jak tam chwilę pomieszkasz?

Większość ludzi kojarzy Dubaj z tą nowoczesnością, brawurową architekturą, brakiem alkoholu i gorszym traktowaniem kobiet. Sporo w tym stereotypów. Alkohol można normalnie kupić w barach i klubach, są też sklepy monopolowe (trzeba mieć specjalną licencję, żeby robić zakupy, ale zdobycie jej nie jest problemem). Kobiety mogą jeździć specjalnymi taksówkami (z różowym dachem), prowadzonymi także przez kobiety (mogą też oczywiście jeździć zwykłymi i chyba głównie turystki wybierają te różowe), mają specjalny przedział w metrze jeśli nie chcą jeździć razem z mężczyznami. Oczywiście nie trzeba być muzułmanką, żeby z tego przywileju korzystać. Ja czasem stoję w zatłoczonym wagonie dla wszystkich, a moje koleżanki mogą wtedy przejść do tego ‚specjalnego’ tylko dla kobiet i dzieci, i wygodnie sobie usiąść. Podobnie było kiedyś na poczcie, kiedy ja czekałem pół godziny w normalnej kolejce, moja znajoma została obsłużona w 5 minut. Na pewno jednak jest jeszcze sporo tego Dubaju przede mną do odkrycia.

A lubisz latać? Fajnie jest być stewardem?

Moja koleżanka, przyzwyczajona do tego, że w Barcelonie co chwila rzucałem pracę i szukałem nowej, zapytała mnie ostatnio: to co, kiedy rzucasz to latanie? Odpowiedziałem, że nie tak prędko. I dodałem, że nie jest pierwszą osobą, która mnie o to pyta. Doradziła mi, żebym odpowiadał, że to wreszcie jest praca, której szukałem. I chyba tak jest. Chociaż jak tutaj przyjeżdżałem to myślałem, że zostanę rok. Jestem już prawie trzy… Podoba mi się i to chyba coraz bardziej. Podróżuję, zwiedzam, poznaję nowych ludzi i jeszcze mi za to płacą. Chyba nie jest źle, co ;)? Ok, wiadomo, że jest i druga strona medalu. Przychodzi zmęczenie, niewyspanie, zmiana stref czasowych i klimatów, no i różni pasażerowie się trafiają też.

Ok, a co Cię w tej pracy zaskoczyło?

Większość ludzi oczywiście kojarzy załogę samolotów z pytaniem „chicken or beef”, albo „kawa czy herbata”, bo nasza praca to głównie serwis. Ale podczas prawie dwumiesięcznego szkolenia na owego kurczaka i herbatę, czyli serwis poświęciliśmy tylko kilka dni. Reszta to były wszelkie nagłe sytuacje, awaryjne lądowanie, ewakuacja pasażerów, wodowanie, potem przyszła kolej na szkolenie z pierwszej pomocy medycznej, czy to w przypadku oparzenia czy odbierania porodu, a potem z bezpieczeństwa, czyli np. co zrobić z awanturującym się pasażerem.

Najgorsze, najdziwniejsze, najgłupsze rzeczy, które ludzie robią w samolotach?

Ludzie robią wszystko. Dosłownie! Pozostawiam to waszej wyobraźni 🙂 Czasem wskazując na małą szafkę w przejściu pytają, czy to toaleta. Innym razem, gdy samolot prawie dotyka pasa startowego podczas lądowania, oni wstają bo chcą iść do łazienki. Jeszcze innym razem proszą o hamburgera z ulubionego fast foodu, zapominając że jesteśmy 11 km nad ziemią, a raczej nikt nie słyszał o podniebnym McDrive…. Zawsze staram się obracać te pytania w żart. Tak jest łatwiej 😉

I co? Nie boisz się latania wcale a wcale? Bo ja się boję nie wiem, czy wiesz …

Nie, nigdy się nie bałem. Nie ma się czego bać! Pamiętam, że jak pierwszy raz leciałem samolotem to przy lądowaniu nie mogłem się już doczekać kolejnego startu. Chyba mam to we krwi od dzieciństwa. Jak byłem mały i spędzałem wakacje u dziadków, zabierałem ze sobą klocki lego i budowałem lotniska w kilku miejscach ich domu. Miałem samolot i pasażerów, i tak mogłem się bawić godzinami zmieniając tylko destynacje. A potem na studiach pisałem artykuł do gazety studenckiej o planespotterach, czyli ludziach którzy obserwują samoloty pod płotem lotniska. Sam się wciągnąłem.Często jeździłem na Okęcie po prostu się pogapić. A teraz pracuję w jednej z największych linii lotniczych i latam, co chwila w inne miejsca. Tyle że samoloty już nie są z klocków 🙂

Tomek7

Tomku,  czy warto czasem wywrócić swoje życie do góry nogami czy lepiej nie ryzykować?

Zdecydowanie tak. I nie zawsze musi być to zamiana na życie w innym kraju. Jeśli ktoś chce wywrócić swoje życie do góry nogami, to czy będzie to przeprowadzka z miasta na wieś albo odwrotnie, albo odkrycie nowej pasji i jej realizowanie, o ile będzie dawać poczucie bycia szczęśliwym, to warto! Jakiś czas temu przeczytałem w Travellerze historię dr Jerri Nielsen. Była lekarką, która w wieku czterdziestu kilku lat postanowiła wyjechać do pracy na biegun południowy, gdzie cała załoga stacji była odcięta od świata przez osiem miesięcy. W tym czasie Nielsen wykryła u siebie nowotwór, jej „lekarzami” podczas chemioterapii byli spawacz i stolarz. Gdy warunki pozwoliły, została zabrana do szpitala w USA i przez kolejne lata cieszyła się pełnią życia, i dzieliła się swoją historią z innymi. A mówię o niej dlatego, że do dziś pamiętam dwa zdania z tego artykułu. Pierwsze to, że nie ma najmniejszego znaczenia kiedy i jak umrzemy, jedyne co ma znaczenie to to, czy kiedykolwiek żyliśmy pełnią życia. A drugie, to że fajne są w życiu takie kuracje geograficzne, bo dzięki nim można rzucić wszystkie swoje karty w powietrze, a potem zebrać je i rozdać na nowo. Dlatego na zmiany nigdy nie jest za późno. Trzeba tylko mocno wierzyć w to, co się chce i to samo przyjdzie. Kurde, brzmię teraz jak członek jakiejś sekty, ale serio tak jest, że jak czegoś pragniesz, to to osiągniesz.

Jesteś szczęśliwy?

Jak najbardziej!

Tomek6

Ok, teraz skojarzenia. Ja rzucam słowo, a Ty mówisz z czym Ci się ono kojarzy.

Samolot – kiedyś tylko marzenia o długich podróżach, potem pasja, a teraz też praca i styl życia.

Palma – odbija mi czasem.

Przyjaźń – możliwa na odległość i w każdym miejscu świata.

Telewizja – stare, dobre czasy i wspaniali ludzie.

Kawa – bez cukru, ale za to z papierosem.

Góry – rodzinne wypady.

Wódka – na ogół nie odmawiam.

Barcelona – moje miejsce na ziemi, kiedyś znów tam zamieszkam.

Australia – Ty, Sam, kangury i mój pierwszy operacyjny lot.

Emocje – chyba za często się nimi kieruję, ale może tak lepiej.

Miejsca czy ludzie? – Ludzie, bo to oni tworzą dla mnie miejsca.

Wiesz Tomku, że jesteś moją bratnią duszą? Dziękuję Ci bardzo za tę rozmowę i w ogóle za wszystkie nasze rozmowy, i za te wszystkie super ciekawe rzeczy, które powiedziałeś. Mam nadzieję, że wiesz, jak bardzo inspirujesz… Do zobaczenia!

Wszystkie zdjęcia zamieszczone powyżej, w rozmowie z Tomkiem, pochodzą z jego prywatnych zbiorów i są jego własnością. Korzystanie ze zdjęć autora bez jego wiedzy jest zabronione (Dz. U. Nr 24, poz. 83).

Przeczytaj rozmowy z:

Małgosią, która zainspirowała mnie do wyjazdu

Moją siostrą, która inspiruje mnie do dziś

Pauliną, którą poznałam w Peru

Anią i Arkiem, których spotkałam w malezyjskim autobusie

O niezwykłych spotkaniach, o podróży dookoła świata, opowiadam w swojej książce, Gdzie jest Julia?, którą można zamówić w promocyjnej cenie tutaj.