Nowa Zelandia – podobno jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Krajobrazy nieporównywalne z innymi. Wszechobecna zieleń. Spokój przerywany od czasu do czasu trzęsieniami ziemi. Magia i tajemnica. Władca pierścieni. Pyszne białe wino pachnące słońcem. Stada szczęśliwych owiec. Koniec świata. Tak. To mój następny przystanek. Pora zweryfikować wyobrażenia o Nowej Zelandii. Pora zostawić Australię. Czas wytrzeć łzy, tęsknotę wcisnąć w kieszeń i wysiąść z uśmiechem z samolotu.

Queenstown podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

i helikopterem można się przelecieć

 

Wspomnienia z Queenstown

Oto jestem. Auckland na jedną noc. Oczywiście hotelu nie załatwiłam, ale to nie jest problem. Na lotnisku jest centrum informacji turystycznej iSITE. Proszę Pani, potrzebuję się dziś gdzieś przespać w okolicy, bo jutro rano muszę tu znowu być. Motel, 80 dolarów, darmowy transport w tą i z powrotem – opłaca się. Noc z komputerem i drinkiem. I pobudka o 5:00. Lecę do Queenstown, czyli na południe wyspy południowej. Zrobiłam błąd układając bilet dookoła świata. Przyznaję się. Przylatuję i wylatuję z Auckland. Bezsensu. Dziś wiem, że najlepiej jest lądować w miejscu A, a wylatywać z miejsca B. Taki układ od razu wyznacza trasę do pokonania i wiele ułatwia.  No ale… shit happens. Mogłam zmienić lot w ostatniej chwili z Melbourne – Auckland na Melbourne – Queenstown, ale w bilecie dookoła świata zmiana miejsca kosztuje jakieś 600 zł. i trochę zachodu. Bardziej opłacało mi się kupić dodatkowy bilet Auckland – Queenstown za 100 dolarów i tak zrobiłam. Więc po dniu straconym na podróże wreszcie jestem!

Queenstown wita mnie spektakularnymi widokami z samolotu. Lądowanie wśród zielonych wzgórz, najpiękniejsze jakie kiedykolwiek miałam. Nie kłamali z tym nowozelandzkimi obrazkami. Cudnie!!!

Z lotniska łapię autobus do miasta. 30 minut i jestem. Szukam noclegu. W pierwszym hostelu, do którego wchodzę miejsc bark. Auć. Podejście drugie – Nomands, czyli hostel należący do popularnej na Antypodach sieci. Tanio nie jest. 100 dolców za własny pokój, czy 34 za łóżko w pokoju 6-osobowym? Wszystkiego trzeba w życiu spróbować, więc wybieram łóżko i oczywiście trafiam do pokoju z szalonym Hawajczykiem Joshem i czwórką Brazylijczyków. Pięciu facetów i ja. No tak, mogłam się tego spodziewać. Cóż innego mogłoby mi się przytrafić :)? Josh mieszka w tym hostelu trochę na stałe, pracuje w barze obok. Usłyszał, że jestem z Polski i co? Oczywiście mówi, że jak z Polski to trzeba się ze mną napić! Skojarzenie pierwsze: Polska – wódka. No ładnie.

Idę na spacer. Queenstown leży nad jeziorem Wakatipu, jeziorem otoczonym wysokimi górami. Zimą to prężnie działający kurort narciarski, ale teraz na szczęście jest lato i 28 stopni. Woda w jeziorze ma kolor lazuru, bardziej przypomina tajskie wybrzeże, aniżeli górskie jezioro. Widać dno, pływające ryby, kamienie, kaczki spokojnie dryfują wzdłuż brzegu, a wokół jakby narysowane farbami szczyty. Jest pięknie. To nie podlega dyskusji. Tu jest po prostu pięknie!

Nic dziwnego, że miasto każdego roku odwiedza prawie 2 miliony turystów. Generalnie trudno spotkać tu kogoś z Nowej Zelandii. Można imprezować do woli, można się wyszaleć na krętych rowerowych ścieżkach, można skakać na bungee, latać na paralotni, spływać rwącymi potokami z obawą, czy nie wypadnie się z pontonu. W Queenstown można zaszaleć na całego. To mekka dla fanów sportów ekstremalnych. Nie wiem, czy wiecie ale to właśnie stąd pochodzi bungee jumping?! I miejsc,  z których można skakać jest do wyboru do koloru. Ale w Queenstown można też odpocząć. Wystarczy iść na spacer wzdłuż jeziora, przez Queestown Gardens, 7 kilometrów aż do Frankton. Jeden z najlepszych spacerów, jakie sobie urządziłam. Bosko!

Nie mogłam przestać robić zdjęć. Serio. Nie da się nie być zachwyconym. I piwo z Nowej Zelandii, Speight’s, też dobre. A wieczorem spotkanie z moim współlokatorem Joshem, który nieźle się urżnął, pomimo że w hostelu można pić tylko do 21:00 i tylko w części wspólnej. W pokojach jest zakaz. I dzięki temu jest spokojnie, porządnie, bezpiecznie i czysto. Myślę, że hostele Nomands są godne polecenia, chociaż od polecania ja się raczej trzymam z boku. Fajny dzień, fajny hostel, fajny spacer, fajny wieczór, fajna Nowa Zelandia.

Z Queenstown można się wybrać na wiele wycieczek po okolicy. Ja planowałam przejechać zachodnich wybrzeżem przez lodowiec, a potem w poprzek pociągiem do Christchurch, ale… zawalił się most i nie da się dojechać do miasta skąd odchodzi pociąg. Więc zmieniam plany. Kupuję bilety na autobus. Jeden autobus do Milford Sound, czyli na fiordy. Drugi autobus do Christchurch, czyli na północ – tam muszę dotrzeć w czwartek. Czemu? Niedługo się dowiecie. Będzie niespodzianka! Ale dziś mam jeszcze tzw. dzień wolny więc wskakuję w gondolkę i jadę na górę. I znowu wow! Widok nieziemski. Na jezioro, na góry, na miasto.

Piję kawę i gapię się przez dwie godziny. Warto tu być, oj warto. Pomimo, że pogoda dziś zmienna, raz pada, raz wieje, raz świeci słońce. Nic nie szkodzi. I tak jest wspaniale. Ale czas wracać. Tym razem piechotą z górki, przez las. Jest dziko, zielono i daleko. U podnóża góry cmentarz. Lubię cmentarze, mają w sobie coś niezwykłego, budzą niepewność i fascynację. Szczególnie te położone w miejscach takich, jak to. Więc zatrzymuję się tu na chwilę, a potem włóczę się po mieście. Bez planu, po prostu się gubię i pozwalam się oczarować temu niezwykłemu miejscu.

Pobudka o 6:00. Chłopaki jeszcze śpią, więc wymykam się na paluszkach z pokoju. Jest zimno!!! 7 stopni. Gdzie to lato??? Jezioro spokojne, zero fal, a na szczytach wokół co? Śnieg!!! Jest środek lata, a tu pada śnieg! To jest możliwe chyba tylko w Nowej Zelandii… Wycieczkę na Milford Sound czas zacząć! Nie wiem, jak przeżyję cały dzień w autobusie, ale mam nadzieję, że widoki zrekompensują mój ból. Mówiłam Wam już, że jestem raczej pociągową, a nie autobusową osobą? No ale teraz jakby nie mam wyboru. 4 godziny krętymi, górskimi drogami. Żałuję, że nie mogę się zatrzymywać co pięć minut! Brakuje mi już przymiotników na opisywanie tego, co widzę! Jest bajecznie i zjawiskowo.

Kwitnące łąki, urwiska, stada uroczych owieczek, rwące potoki, szumiące wokół wodospady, białe czubki gór, błękitne jeziora. To nie może być chyba prawdziwy świat! A jednak…

W Milford Sound przesiadamy się na łódkę i płyniemy przez fiordy w stronę oceanu. Wiatr zrywa czapki z głów, a głowy kręcą się wokół jak oszalałe, bo nie wiedzą już na co patrzeć. Czy w lewo na wodospad, czy w prawo na wodospad, czy przed siebie na bawiące się w wodzie delfiny, czy za siebie na wyłaniające się zza zakrętów klify!

Idzie zwariować od piękna przyrody. Jestem bliska rozpłakania się z zachwytu! Na szczęście po dwóch godzinach kończymy rejs, a autobusem wracamy tą samą drogę więc idę spać. W końcu ile razy może ci zapierać dech w piersiach? No ile? W Nowej Zelandii non stop. Nawet jak się jedzie autobusem, którego się szczerze nie znosi.

Zobacz filmik i zasubskrybuj nasz kanał na YouTube!

Więc, żeby nie było tak cudownie rano wsiadam w kolejny autobus. Czas wyjechać z Queenstown. Jakoś się specjalnie tym nie martwię, bo wiem że tu wrócę. Muszę tu wrócić! Martwię się za to 11 godzinami w zakichanym autobusie. Po co ja się sama nad sobą znęcam? Nie można było polecieć samolotem? Za każdym, jak jadę autobusem to obiecuję sobie, że to ostatni raz. A potem jest kolejny i wiem już, że będą następne w Ameryce Południowej. No cóż. Nie ma co narzekać. Trzeba jechać. W końcu czwartek już jutro. A ja muszę być w czwartek w Christchurch, bo…

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.