Nie znam Tajlandii dobrze. Jestem tu pierwszy raz. Czytałam o różnych miejscach, które warto odwiedzić. O wyspie Lipe nie czytałam prawie nic. Dlatego postanowiłam tu przyjechać. Zachęcona przez moją tajską koleżankę. Czy to najlepszy wybór? Nie wiem. Na pewno wystarczająco dobry, żeby trochę się zrelaksować i zdobyć nowych przyjaciół, z którymi można ruszyć w dalszą podróż.

Koh Lipe podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Koh Lipe

Zakwaterowani, wykąpani i wciąż głodni ruszyliśmy coś zjeść. Lora, Władek i ja, czyli grupa hiszpańsko-czesko-polska z domieszką Irlandii, bo to tam właśnie Władek i Lora się poznali. Mieszkamy przy plaży Pattaya Beach, czyli tej najbardziej rozrywkowej. To od niej odchodzi główna i jedyna ulica na wyspie ze sklepami, agencjami turystycznymi i restauracjami. Sezon się jeszcze nie zaczął, więc część jest nadal w totalnej rozsypce. A mieszkańcy nie spieszą się z pracami, mimo że zostało im tylko kilka dni do pełnego otwarcia. Oni nie znają słowa „pośpiech”. Za to doskonale znają słowo „odpoczynek”. Knajpek i barów jest tu do wyboru do koloru. Niestety większość nie ma klimatu, część serwuje pizze zamiast ryżu i ceny też są wyższe niż np. w Bangkoku. Jednak spragnieni posiłku siadamy w jednej z nich. Przeciętny makaron z kurczakiem. Nic szczególnego. Ale potem, na poprawę nastroju, ryż z mango, czyli słodki przysmak – Sticky rice with mango. Mango jest soczyste, świeże, pachnące. Ryż lekko klejący, chyba z dodatkiem mleka kokosowego. Przypomina mi smak dzieciństwa – ryż z jabłkiem i ze śmietaną. I pewnie dlatego smakuje tak dobrze. Przez chwilę jest, jak w domu.

Wieczorem pada. To w końcu wciąż pora deszczowa. Nie oznacza to jednak, że leje non stop. Pada przez godzinę, zazwyczaj wieczorem. W ciągu dnia jest upał. Aby skryć się przed ulewą, wchodzimy do najbliższego baru przy plaży. Nazywa Time to chill Bar. Bierzemy piwo i obserwujemy wzburzone morze. Dosiada się do nas tajski Bob Marley. I teraz przygoda się zaczyna.

Tajski Bob Marley nie jest tak naprawdę Bobem Marleyem. Nazywa się Muk. I jest Tajem. Od 12 lat mieszka na Lipe. Wcześniej przez 2 lata mieszkał na Ton Sai! Tam już byłam i widziałam. Bob Marley nie pali skrętów. Nie pije też w ciągu dnia, ani podczas pracy. Ma za to dredy. Bardzo długie. Jest właścicielem Time to chill baru i to on przygotowuje wszystkie drinki. Mówi dobrze po angielsku i lubi gotować. Oj Muk! Nie powinieneś wspominać o jedzeniu. Taka szansa się nie powtórzy. Pewna, że odmówi, pytam czy możemy wpaść do niego do domu na obiad. Zgadza się. Zgadza się! Będzie prawdziwa tajska wyżerka! Czuję, że to będzie fajna przygoda. Umawiamy się jutro na 14:00. Ale wieczór przecież się jeszcze nie skończył. Muk skręca nam perfekcyjne papierosy z liści palmowych i przewiązuje je kokardką. Pijemy zimnego Changa i rozmawiamy o Koh Lipe przy muzyce granej na żywo. Podobno 10 lat temu turystów było tu, jak na lekarstwo. A ci, którzy przyjeżdżali byli inni, niż teraz. Muk zatrudniał ich często w swoim barze. Pomagali mu, bo chcieli poznawać ludzi i inną kulturę. Dziś pytają o pieniądze. Chcą zarabiać. Świat się zmienia. Ludzie się zmieniają.

Rano wybieramy się na zwiedzanie wyspy. Jest wyjątkowo mała. Można ją przejść na piechotę w kilka godzin, a w ciągu kilku dni można poznać każdy jej zakątek. Wszędzie jest blisko, więc korzystanie z tutejszych taksówek, czyli prawie tuk tuków można uznać za zbrodnię. Są trzy plaże: Pattaya Beach, Sunrise Beach, Sunset Beach. Wybieramy się na Sunrise Beach. To tam wschodzi słońce i przypływa też większość łódek i promów. Jest dużo resortów, niektóre bardzo rozbudowane, a niektóre bardzo drogie. Jest też lokalna szkoła. Plaża jest miejscami dość wąska. I nadal dość zaśmiecona. Morze wywala na brzeg różne skarby. Niekoniecznie atrakcyjne. Ale wszystkie „ludzkopochodne”. Zwiedzamy. Obserwujemy. Kąpiemy się. Opalamy. Rozmawiamy. Nasza hiszpańsko czesko polska grupa spędza razem miło czas. Przychodzi pora obiadu. Ruszamy w głąb wyspy w poszukiwaniu domu Muka. Time to chill Home. Okazuje się, że Muk ma swój piękny drewniany domek w środku dżungli i trzy kolejne cudownie urządzone do wynajęcia. Sam wszystko zaprojektował i to z wielkim wyczuciem. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Tu mogłabym zostać na dłużej. Jest cisza. Nie ma turystów. Do plaży niedaleko. Warunki do relaksu idealne, więc może następnym razem… Teraz czas na obiad. Gotujemy wspólnie. Kurczak curry. Z ziemniakami. Pomidorami. Cynamonem. Każdy ma jakieś zadanie. Myślę, że wszyscy świetnie się bawimy. Dla nas to przygoda, a Muk wydaje się być trochę samotny. Nie ma rodziny na wyspie. Jest tu sam. Ale wygląda na szczęśliwego. A jak smakuje kurczak? Pysznie. Chcielibyście poznać przepis?

Na gotowaniu i jedzeniu upływa nam cały dzień. Dowiadujemy się, jak łatwo odstraszyć komary, których w dżungli nie brakuje. Wystarczy podpalić taką papierową paletkę od jajek. Jej dym skutecznie odstrasza wstrętne bzyki. Proste, tanie i skuteczne. Potem ruszamy na Sunset Beach. 5 minut drogi od domu Muka. Sunset Beach to trzecia z plaż na Lipe, gdzie są oczywiście najładniejsze zachody słońca i jest chyba najbardziej kameralnie. Towarzyszy nam oczywiście gromada psów, których na wyspie jest mnóstwo. Mnóstwo. Ale Muk mówi, że to są przyjaciele, a nie psy. Są niezależne nawet wtedy, kiedy trzymają się blisko Ciebie.  Ach… Jest cudownie. Patrzeć na cudowny, pomarańczowy zachód słońca. Jest spokojnie. Tu jest dobra energia, której było mi trzeba. Na plaży poznajemy Scotta. Australijczyka. Okazuje się, że jest naszym sąsiadem w Seaside Resort. Wracamy razem do domu. Scott przypomina mi pewnego pana reżysera, z którym miałam okazję pracować, a momentami też Jacka Nicholsona z plakatu do filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”. Jest w nim coś intrygującego. Mieszka w Tasmanii. Mówi, żebym koniecznie tam przyjechała, jak będę w Australii. Więc kto wie. Może jeszcze się spotkamy.

Wieczór spędzamy oczywiście w barze Muka, a następnego dnia wybieramy się na wycieczkę trochę popływać z rurką i maską. 500 Bahtów od osoby. 7 godzin na łódce. Podwodny świat w okolicy Lipe jest fajny. To podobno jedno z lepszych miejsc dla amatorów nurkowania w Tajlandii. Ja mam jeszcze obawy przed nurkowaniem z butlą, ale może się przekonam. Potrzebuję trochę czasu. Póki co, to dla mnie lekko klaustrofobiczne. W każdym razie, zaglądanie pod wodę jest ciekawe. Przy okazji można też sobie przypiec pośladki, co oczywiście przydarza się i Lorze i mi. Wystarczy założyć kamizelkę ratunkową i dryfować, zaglądając pod wodę… Chłodzący krem po opalaniu to kolejna niezbędna rzecz w podroży. A potem spotkanie z polską młodzieżą studiującą w Singapurze, czyli z Jankiem i Pawłem. Pozdrawiam chłopaki! Dzięki za piwo z widokiem na morze. Dostaję kilka wskazówek dotyczących Malezji i Indonezji, które na pewno przydadzą mi się  dalszej podróży.

Dzień kolejny upływa nam na opalaniu i kąpaniu. Co innego można tu robić? Nic. Grupą hiszpańsko-czesko-australijsko-polską wybieramy się na Sunrise Beach w okolicę wypasionego Mountain Resort. Plaża prawie pusta. Woda krystaliczna, a jej poziom wyjątkowy niski… Daleko można dojść piechotą. Potem kawałek podpłynąć i znowu dojść. Jest płytko. Słońce pali. Szukamy kawałka cienia. Jemy banany i mandarynki. Pijemy dużo wody. Wiecie, o czym marzy Lora? O napiciu się wody ze szklanej szklanki. Cały czas pijemy tę z butelki, która w sekundę robi się ciepła. Mówi, że taka ze szklanki byłaby bardziej orzeźwiająca. Coś w tym jest. Pływamy. Spacerujemy. I zaczynamy się trochę nudzić, więc… Wieczorem rum z colą i odrobiną Red Bulla. Tak. Lubimy się. Czas upływa nam wyjątkowo szybko. I przyjemnie. Picie z plastikowych kubków na pięknej plaży, prawie przy pełni księżyca to jest coś. W dalszą podróż postanawiamy ruszyć wspólnie. W trójkę. Lora, Władek i ja. Oni jadą do Singapuru. Będą podróżować po Azji przez następne 4 miesiące. Planujemy trasę przez Penang do Kuala Lumpur. Tam się rozstaniemy i już teraz wiem, że będzie to bardzo ciężkie. Będę za nimi tęsknić. Ale na szczęście mamy jeszcze kilka dni. W tym ostatni dzień na Koh Lipe.

Trochę nas nosi, więc łapiemy lokalną wodną taksówkę i płyniemy na pobliską wyspę Koh Adang. Scott do nas dołącza. Ta podróż to jest niezłe przeżycie. Nasz marynarz/kapitan zabiera ze sobą dziecko. Dziecko ma może rok. I nie jest zadowolone z tej wycieczki. Na morzu wieje. Są fale. Łódka jest dziurawa. Marynarz/kapitan nie nadąża z wybieraniem wody. Dziecko płacze. Łódka napełnia się wodą. Marynarz-kapitan puszcza ster, żeby ją wybrać. Łódka płynie w bliżej nieokreślonym kierunku. Dziecko wspina się na ręce do taty marynarza-kapitana. I tak w kółko. Na szczęście na Koh Adang jest blisko. 15 minut i po strachu. A byłam już bliska ewakuacji z pokładu. Okazuję się, że na plaży na którą trafiamy, oprócz nas jest czterech lokalesów. Nie płacimy naszemu marynarzowi/kapitanowy, żeby na pewno po nas wrócił. Wszystko jest pozamykane. To miejsce wygląda, jak wymarła osada z horroru. Trochę strasznie, a trochę intrygująco. Łazimy po plaży, potem po dżungli. Tu jest inaczej. Spokojniej. Ale trochę niespokojnie, bo pusto. Dziwnie. Momentami naprawdę strasznie. Pewnie wyspa dopiero szykuje się na przybycie turystów. I taka jest fajna, bo inna. Prawdziwa. Dzika. Warto więc przyjeżdżać do Tajlandii poza sezonem. Wcale tak bardzo nie pada, a atmosfera jest kompletnie inna. Muk zaprosił mnie w lipcu. Obiecał nauczyć mnie gotować w zamian za pomoc w ogrodzie, bo chciałby go trochę zmienić. Nie nacieszycie się mną drodzy przyjaciele za bardzo. Wrócę w maju, a w lipcu znowu wyjadę. To jest jedno z TYCH miejsc na ziemi. Na pewno.

Jest dzień przed pełnią księżyca, koniec października. Dla dzieci na Koh Lipe to koniec roku szkolnego. Dla miejscowych czas na dyskotekę na plaży. Budują scenę na Sunrise Beach, przy placu koło szkoły. Rozstawiają stragany z jedzeniem. Puszczają tajskie przeboje i tańczą do rana. Bawią się świetnie. A my razem z nimi. Zajadając lokalne przysmaki. Nudle urywają wiadomo co. Muszelki z ostrym sosem – mniam. Popijamy oczywiście zimne piwo. Ten ostatni wieczór oddaje w pełni urok wyspy i jej mieszkańców. Wśród, których nie brakuje rzecz jasna panów-kobiet. Obserwowanie miejscowej imprezy to jest niezwykłe przeżycie. Ale jutro czas ruszać dalej. Do Malezji. Rano płyniemy łódką do portu Pak Bara. Stamtąd minivanem do miasta Hat Yai. Potem przesiadka i kolejnym mini busikiem do George Town na malezyjskiej wyspie Penang. Ja i moi nowi przyjaciele, Lora i Władek. Wybieramy tę drogę, bo jest o połowę tańsza niż trasa morska przez wyspę Langkawi. Za bilet płacimy 900 Bahtów od osoby.

Koh Lipe jest wyspą turystyczną, zresztą jak chyba każda tajlandzka wyspa, na której znajdziemy choć odrobinę cywilizacji. Są tu sklepiki z pamiątkami, stragany z ubraniami, restauracje, bary, różnego typu płatne rozrywki w postaci kursów nurkowania, czy jednodniowych wycieczek po okolicy. Po 5 dniach pobytu można zacząć się tu nudzić, albo można też totalnie odciąć się od świata i spędzić tu kilka miesięcy, kontemplując nad swoim życiem…

A wiecie jaki jest piasek na Koh Lipe? Jest jak mąka. Delikatny. Niepowtarzalny. Tak przyjemny, że chce się chodzić po plaży na bosaka bez przerwy. I w dzień i w nocy. Woda jest krystaliczna. Czar trochę pryska, gdy morze wyrzuca na brzeg kolejne plastikowe butelki, pojedyncze klapki, i foliowe torebki. Ale ten ubytek szybko naprawiają ludzie, których się tu poznaje. Łatają niedoskonałości i sprawiają, że Koh Lipe pozostaje idealne. Szczególnie poza sezonem.

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.