Gdy świeci słońce, wyspa olśniewa, ale… gdy zajrzysz pod stół, odkryjesz mroczne tajemnice. Testy nuklearne, bieda i okna zabite dechami.

Od dwóch dni pada. A właściwie to leje i wychodzenie z domu raczej nie chodzi w grę. Spadające krople odbijają się rytmicznie od metalowego daszku, samochody dźwięcznie przecinają głębokie kałuże, szare chmury wiszą bez ruchu w lepkiej przestrzeni. To przywołuje wspomnienia, wspomnienia wyspy Tahiti, bo tam było podobnie…

TAJEMNICE TAHITI

Mroczne tajemnice Tahiti

Tahiti to główna wyspa w Polinezji Francuskiej (czasem cała Polinezja Francuska nazywana jest Tahiti, ale Tahiti to tylko jedna z wysp), która leży gdzieś na środku Oceanu Spokojnego, w połowie drogi między Sydney a Los Angeles. Czy, gdy słyszycie ‘Tahiti’ widzicie taki obrazek?

 

Tahiti większości kojarzy się z rajem, z błękitną wodą, zielonymi szczytami, bezchmurnym niebem, z latem przez 12 miesięcy w roku i palącym słońcem. A potem przychodzi rzeczywistość. I pewnie, gdy świeci słońce to widzi się tylko te dobre strony, ale gdy pada deszcz dzieci się nudzą….

Na Tahiti trafiłam w czasie podróży dookoła świata (Polinezja Francuska jest generalnie popularnym przystankiem między Australią a Ameryką przy bilecie łączonym). Jakoś nigdy mnie tam nie ciągnęło, bo wydawało mi, że drogo i niedostępnie, no ale… było po drodze więc postanowiłam skorzystać.

Gdy wylądowałam w Papeete (stolicy Polinezji Francuskiej i zarazem największym mieście na wyspie Tahiti) nie mogłam złapać tchu. Wilgotność powietrza przekraczała przyswajalne dla mojego organizmu granice. Potem była burza, taka z piorunami i był niezapowiedziany sztorm. W sumie taka pogoda utrzymywała się przez dwa tygodnie mojego pobytu. No dobra, skłamałabym, trafiły się może dwa słoneczne dni, może dwa i pół, ale nie więcej.

PORA DESZCZOWA

A przecież wszędzie pisali, że na Polinezję Francuską to można jechać zawsze! A no nie. Kłamali.

Papeete w deszczu

Licha pogoda to pierwsza rzecz, która podważa ‘rajskość’ Tahiti. Nieprawdą jest, że tu jest idealnie przez cały rok. Że jest ciepło, to nie podlega dyskusji, ale w okresie od listopada do kwietnia na Tahiti (zresztą, jak i w całej Polinezji Francuskiej) jest też bardzo mokro. To pora deszczowa i jasne możemy mieć szczęście, bo akurat nam się trafi taki rok, że deszcze będą słabe, ale… może się też trafić taki, jak mi, czyli najgorsza pora deszczowa od chyba 30 lat. Żadna to przyjemność być na malutkiej wyspie, pośrodku nigdzie, gdy leje. Szare i pochmurne dni raczej nie sprzyjają dobremu, wakacyjnemu samopoczuciu.

Zła pogoda pociąga za sobą zresztą szereg konsekwencji i ograniczeń. Do Polinezji Francuskiej należy 150 wysp, między innymi sławna Bora-Bora czy tajemnicze Markizy, ale dostanie się z jednej na drugą to niezła wyprawa. Na niektóre można płynąć promem, na inne trzeba lecieć, no ale zgadujcie co się dzieje, gdy pada? Oczywiście loty i rejsy mogą być odwołane. I nawet, jak uda nam się dotrzeć w jedną stronę, niekoniecznie uda nam się wrócić w terminie, żeby ruszyć dalej. Nie jest to oczywiście problemem, gdy mamy nieograniczony czas, ale jest olbrzymim, gdy na Polinezji Francuskiej przebywamy przykładowo te 2 tygodnie. Wtedy jesteśmy uziemieni na Tahiti, które zupełnie szczerze, po dwóch dniach w deszczu staje się nudne.

NUDA

No właśnie, bo na samym Tahiti niewiele się dzieje. Wyspę można objechać w jeden dzień. Ma kilka niezwykle uroczych miejsc, jaskiń i wodospadów, strzelistych, hipnotyzujących pagórków, ścieżek wijących się z góry na dół, widoków zapierających dech, ale jak leje to nic na po tym. Plaż też jest tu, jak na lekarstwo, a te co są, są raczej wąskie, brudne (królują psie kupy i plastikowe butelki) i pokryte czarnym, średnio przyjemnym piaskiem. Zresztą, znowu, w deszczu nic nam po plażach i ładnej wodzie, która w deszczu nie jest ładna.

tropikalnie mokro

Wspomniane wyżej Papeete, czyli główne miasto wyspy to… ruina i jedyne miejsce na wyspie, gdzie cokolwiek się dzieje. Papeete, czasy świetności ma dawno za sobą. I to nie chodzi o to, że jest tam biednie, tak biednie, jak na wielu innych wyspach Pacyfiku, tylko o to, że tam jest teraz biednie, a kiedyś było bogato. Bogato w naszym ‘zachodnim’ znaczeniu. Były nowoczesne budynki, banki, restauracje, kluby, sklepy, hotele, a teraz wiele z tych miejsc ma okna zaklejone dyktą i tynki spadające płatami na chodnik. Wiecie, o co mi chodzi z ‘biedą’ i ‘biedą’? O Papeete, jakby ktoś zapomniał. To smutny widok.

klub w Papeete

Ale jak to, spytacie? Jak to? Tak to. Tahiti jest rajem utraconym. I to razy dwa.

Kiedyś wygrywało naturą i spokojem, ale potem stery przejęli Europejczycy. Wtedy Tahiti stało się rajem utraconym po raz pierwszy.

A potem, gdy skończyły się zastrzyki od francuskiego rządu, któremu od lat podlega cała Polinezja Francuska, wszystko zaczęło się walić i z wyspy, która rozpychała się w turystycznym świecie oferując luksusy, Tahiti zaczęło spadać na dno, a razem z nią położona obok mała wyspa Moorea. Nie wiem, jak jest na pozostałych archipelagach Polinezji Francuskiej, może to wciąż są błyszczące resorty z katalogów, ale wiem, że Tahiti z reklamowymi zdjęciami ma niewiele wspólnego. Tahiti zostało rajem utraconym po raz drugi.

Sytuacje wyjaśnił mi lepiej jeden Francuz, były wojskowy, który mieszka na wyspie od lat i prowadzi tu mały hostel Te Miti. W książkach i w internecie trudno znaleźć informacje na ten temat, więc pozostaje mi polegać na jego słowach. Oto teoria mieszkańca Tahiti, o Tahiti.

BROŃ MASOWEGO RAŻENIA

Pomiędzy 1966 a 1996 rokiem na atolu Moruroa, położonym w Polinezji Francuskiej, jakieś 1000 km na południowy-wschód od Tahiti, Francja przeprowadziła prawie 200 testów nuklearnych! W jednym z najpiękniejszych zakątków świata, intensywnie sprawdzano broń masowego rażenia, niszcząc przyrodę i narażając zdrowie tysięcy osób.

French-nuclear-weapons-test

Zdjęcie: atlanticsentinel.com

„Ale równocześnie, robiąc te okropne rzeczy, francuski rząd pompował pod stołem fundusze w inne miejsca Polinezji Francuskiej, chcą zamknąć usta miejscowym i swoim własnym pracownikom”, powiedział mi Frederic. Na zakończenie testów (z tą decyzją związane były głośne protesty) rząd Francji wypłacił Polinezji Francuskiej 150 milionów dolarów zadośćuczynienia. Wszystko zakwitło, ale potem konewka zrobiła się pusta.

Nagle Polinezyjczycy, którzy żyli w zgodzie z naturą, opierając handel na wymianie dóbr, Polinezyjczycy którzy nie mieli pojęcia o ‘posiadaniu’, którzy nie musieli kupować ziemi, bo była wspólna i można było budować się, gdzie popadnie, ci Polinezyjczycy zostali wciągnięci w ‚wielki świat’. Na Tahiti powstało mnóstwo bogatych hoteli, zagraniczni inwestorzy weszli z impetem na rynek, a miejscowi, którzy nigdy nie musieli pracować dla pieniędzy, zaczęli działać w turystyce i dobrze zarabiać, a koszty życia pozostały niewielkie.

Po kilku latach inwestycje zwolniły, turystyka zwolniła, miejscowi stracili pracę, hotele się pozamykały, i jak za dotknięciem różdżki złej czarownicy, Tahiti stało się rajem utraconym po raz drugi.

Gdy spytałam Frederica, dlaczego Polinezyjczycy nie wezmą spraw we własne ręce, odpowiedział krótko – nie potrafią. Nie mają biznesowego szóstego zmysłu, nie potrafią pracować, są leniwi i przyzwyczajeni do tego, że dostają, że ktoś prowadzi ich za rączkę. A teraz już nikt im nie chce dawać, a oni wciąż chcą żyć tak, jak było kiedyś. To pociąga za sobą też wzrost przestępczości na wyspie, bo ludziom brakuje, więc zaczynają kraść i napadać. A do tego dopiero teraz można zauważyć koszmarne skutki zdrowotne testów nuklearnych. Polinezyjczycy chorują, a skażenie powietrza okazało się dużo bardziej toksyczne niż przewidywano.

camper w wersji polinezyjskiej

Zabarykadowane wejścia do rozpadających się resortów, smucą. Knajpy, które z pięciogwiazdkowych stały się przydrożnymi barami, dziwią. Hotele, które istnieją na fali popularności lat dziewięćdziesiątych, zastanawiają. A do tego wszystkiego dochodzą, absurdalnie, wciąż wysokie ceny, bo mimo że standardy na Tahiti czy Moorea spadły, ceny utrzymują się na tym samym poziomie, co przed laty. Płacimy więc za warunki luksusowe i dostajemy luksus… z zeszłej ery. Jest biednie, a wciąż tak drogo, jak dawniej.

Czy lepiej byłoby dla Polinezyjczyków wykreślić ‘cywilizacyjną’ przeszłość i mieć raj w swoim stylu, czy lepiej tę ‘cywilizacyjną’ przeszłość odbudować? Nie wiem. Wiem jedynie, że o Tahiti nie mówi się prawdy. Ale w sumie to może dobrze, bo jeszcze większe wyhamowanie w turystyce, zakończyłoby się pewnie katastrofą.

Na Polinezję Francuską warto jechać. To piękne miejsce (no, może niekoniecznie w porze deszczowej) z filmowymi krajobrazami i płaszczkami przypływającymi do brzegu, ale to też miejsce, na która trzeba mieć fundusze i plan. I świadomość sytuacji. Jak już będę duża, to chciałabym popływać jachtem wśród wysp Polinezji Francuskiej. Marzenie wypowiedziane na głos – trzeba spełnić.

płaszczki przy brzegu

Znacie jakieś mroczne ‚tajemnice’ pięknych miejsc?