To świetne uczucie – wyjść z pracy w piątkowe popołudnie i pędzić na samolot. A jeszcze lepsze obudzić się w sobotni poranek w tropikach, na wyspie Magnetic Island.

Lot z Brisbane do Townsville, największego miasta w północnym Queensland, zajmuje nieco ponad dwie godziny. Tylko, że samo Townsville to naszym zdaniem nic ciekawego – jest po prostu brzydkie, nieułożone i kompletnie brakuje mu klimatu. Kawa była słaba, jedzenie kiepskie i pewnie jeszcze trochę mogłabym wymieniać. Oprócz ładnej pogody i promu na pobliską wyspę Magnetic, nie ma wiele do zaoferowania (za to niektórzy mówią, że można tu podobno dostać w zęby).

Więc wskoczyliśmy na ten prom.

Wyspa Magnetic Island

Przeprawa trwa około trzydziestu minut, a bilet dla pieszych w dwie strony kosztuje trzydzieści trzy dolary – to niewiele jak za transport do… prawie raju. Zdradzę wam już na wstępie, że Magnetic Island jest uroczym i wciąż niezbyt rozchwytywanym zakątkiem! Jeśli zatem wybieracie się na road trip wzdłuż wschodniego wybrzeża Australii, z Brisbane do Cairns, oznaczcie sobie wyraźnie ten punkt na mapie.

Zatrzymaliśmy się w ośrodku Peppers Blue On Blue tuż przy porcie w Nelly Bay, ale na wyspie z łatwością można znaleźć noclegi w różnych cenach i różnym standardzie. Brakuje jedynie takich naprawdę wypasionych resortów, a łatwiej tu o budżetowy bungalow przy brzegu. Problemu nie sprawia także transport – autobusy kursują regularnie, a całodzienny bilet kosztuje siedem dolarów. Są też wypożyczalnie samochodów i skuterów oraz możliwość przywiezienia swojego auta.

Jednak dla nas ten wypad miał być jak tradycyjne, leniwe wakacje, podczas których ładuje się rozładowane baterie. Dlatego, mimo że kochamy jeździć, zrezygnowaliśmy z opcji samochodowej – wynajęcie auta na cały pobyt skutkowałoby zapewne tym wiecznym poczuciem, że „trzeba”, że „można”, że przecież „warto”. Postanowiliśmy dużo chodzić (i leżeć), korzystać z transportu publicznego (utwierdziliśmy się w tym, że nie lubimy autobusów), a tylko na jeden dzień wynajęliśmy motocykl po to, żeby dostać się tam, gdzie inaczej byśmy się nie dostali. Plan był odpowiedni, ale po kolei…

Spacerem do kangurów

Czy wy też tak macie, że gdy tylko może spać dłużej, to oczywiście budzicie się o świcie?

Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy spacerem z Nelly Bar w kierunku Geoffrey Bay, zatoki położonej przy wiosce Arcadia, i już na górce zachwyciły nas pierwsze widoki. Obłe kamienie odgradzały lazurową wodę od lądu, a obok ktoś zbudował sobie zawieszony nad urwiskiem dom. Morze zbierało się do odpływu, odsłaniając coraz więcej mało urodziwego dna, a słońce podkręciło kurki. W to sobotnie, czerwcowe popołudnie było dwadzieścia osiem stopni. Całkiem nieźle jak na zimę.

Niedługo potem, przy starej przystani, spotkaliśmy zgraję mały kangurków, rock wallabies. Mieszkają tam wśród skał, a wypatrzeć je można chyba o każdej porze dnia. Dokarmianie ich to jedna z tutejszych atrakcji. My jednak obstajemy za opcją niedokarmiania dzikich zwierząt bez potrzeby (namawiamy was do tego samego). Wymieniliśmy z nimi jedynie kilka spojrzeń (i pstryknięć). Potem odbiły się od ścian niczym kauczukowe piłki i zniknęły w krzakach. Do przytulenia!

Autobusem do Horseshoe Bay

Gdy już mieliśmy kończyć, podjechał autobus. Tu plany na powolne popołudnie się skończyły po raz pierwszy.

– Możemy wracać do hotelu – Sam zerknął na mnie pytająco. – Chcesz?

– Nie. Jedziemy – postanowiłam szybko. W końcu nie bez powodu znaleźliśmy się na przystanku o odpowiedniej godzinie. 

Po kilku minutach byliśmy w Horseshoe Bay, najdalszym dostępnym miejscu na północy wyspy i jednocześnie tym najbardziej turystycznym. To tam jest największa baza noclegowa, restauracyjna i rozrywkowa. Nie jest to jednak miejsce naćkane hotelami, a mówiąc o rozrywkach, nie mam na myśli nocnych klubów, a wypożyczalnie kajaków. Zamiast ekskluzywnych knajp jest pub i fish&chips. Serwują też zimne piwo. Nie mogliśmy, więc nie skorzystać. Wszystko dla urlopowicza i wszystko to, co Australijczycy lubią najbardziej!

Zatoka Horseshoe jest rozległa, z wygrodzonym kąpieliskiem. Latem, na wschodnim wybrzeży pojawia się dużo meduz, więc kąpać się można tylko w takich miejscach lub zakładając specjalne stroje, a przy każdej plaży są butle z octem, jakże przydatnym przy poparzeniu.

Na dwóch kołach

Czy wy też tak macie, że gdy tylko może spać dłużej, to oczywiście budzicie się o świcie?

To była niedziela. Odebraliśmy motocykl zaraz po śniadaniu i zjechaliśmy w stronę tych trudniej dostępnych zakątków, gdzie można albo dojść piechotą, albo dotrzeć terenowym pojazdem. Sam był zachwycony wymijaniem głębokich wyrw i szarżowaniem po szutrze, a ja po prostu trzymałam się kurczowo. Co innego mi pozostało?

W Radical Bay, pierwszej zatoce przy, której przystanęliśmy, nie było wiele osób. Cztery psiaki ganiały wte i wewte. Kilka palm, miękki piasek, spokojne wody Morza Koralowego, na których kołyszą się jachty – to wszystko składa się przecież na pocztówkowy obraz tropików. W sam raz na plażowanie. Więc plażowaliśmy. Przez chwilę. Na moje nieszczęście mój partner należy do tych… niecierpliwych.

Florence Bay, druga zatoka na naszej trasie, była większa i przez to może odrobinę mniej przytulna, ale równie urodziwa. Co prawda brakowało palm (te zawsze dodają klimatu, co nie?), ale można za to snorklować z brzegu i to na Wielkiej Rafie. Mimo letnich temperatur powietrza, woda zdawała się zbyt chłodna na dłuższe pływanie bez pianki, więc zamoczyliśmy tyłki tylko na chwilę, bo gdy mieszka się w Brisbane, biegu zimna/ciepła zmienia położenie.

Następna w kolejce była Arthur Bay. Dla odmiany wybraliśmy przechadzkę na punkty widokowe, a nie na plażę i nie zawiedliśmy się. Po drodze spotkaliśmy wstydliwą kolczatkę, a obie panoramy były fantastyczne.

Forty i koale

Na cyplu, przy którym znajdują się te wszystkie bajkowe zatoki, wśród drzew i charakterystycznych wielkich kamieni, ukryte są też stare forty, wybudowane podczas II Wojny Światowej, po japońskich atakach na bazy w mieście Townsville.

Do tych fortów prowadzą kręte ścieżki, a przy tych ścieżkach rosną eukaliptusy, a na tych eukaliptusach…

– Koala! – krzyknęłam pewnie zbyt głośno, ale w takich chwilach trudno opanować emocje.

Koale przywieziono na wyspę w ramach jednego z programów ochronny gatunków, a te świetnie się na niej zadomowiły. Dziś na Magnetic Island jest ich ponad osiemset!

Kolejnego miśka (a właściwie to dwa, bo w torbie siedział mały) udało się nam wypatrzeć w Nelly Bay (a właściwie to wypatrzyliśmy gromadkę ludzi pod drzewem), niedaleko naszego hotelu, podczas jednego z wieczornych marszów. Pierwszy raz udało mi się spotkać dzikiego zwierza, kilka metrów od znaku ostrzegającego o jego obecności.

Z drugiej strony

Czy wy też tak macie, że gdy tylko może spać dłużej, to oczywiście budzicie się o świcie?

Ta druga część wyspy, po stronie miasteczka i zatoki Picnic Bay, jest raczej rzadziej odwiedzana przez przyjezdnych, a lubiana przez miejscowych. Stare molo ciągnie się w morze, a alejkę obok obrastają potężne drzewa kroczące. Mega wielkie. Oczywiście jest i pub, gdzie można stracić trochę dolarów na maszynach (znów po australijsku, a jak). Najlepsze zachody są ponoć jeszcze dalej, w West Point – niestety trafiliśmy na taki dosyć przeciętny.

– Obiecuję, że to będzie krótki treking – przekonywał mnie Sam. Nasze plany bezczynnych urlopów zawsze kończą się tak samo.

Szczęśliwie nie kłamał – do Hawkings Point Lookout prowadziła niedługa trasa. Pusta i niewydeptana. W oddali malowało się Townsville, u dołu – Rocky Bay, a tam dwóch golasów. Te urokliwe pejzaże mieliśmy tylko dla siebie (widok na gołe tyłki – też).