Podróżować w czasie. Kto by nie chciał… Jest taka wyspa na Pacyfiku, gdzie wszystko zaczyna się i kończy. Tam można podróżować w czasie. Bardzo dosłownie.

Gdy tylko o tym usłyszałam, odrazu wiedziałam, że wyspa Taveuni musi znaleźć się na trasie naszej wycieczki po Fidżi.

W duchu umarłam dwa razy. I to jeszcze zanim wsiedliśmy do samolotu. Widok niewielkiej maszyny z równie niewielkimi śmigłami oraz burzowej chmury w tle (wyobraźcie to sobie) stał się początkiem śmiertelnych wizualizacji w mojej wyobraźni. Początkiem, bo gdy już wsiedliśmy na pokład (również niewielki, dwunastoosobowy) ta wyobraźnia ruszyła ze zdwojoną siłą.

– Chyba już mi starczy tych podróży, wiesz? – powiedziałam do Sama na chwilę przed startem. Nie pierwszy zresztą raz.

Rzuciłam okiem przez okno, zacisnęłam mocno pas (i zęby), dwoma rękoma chwyciłam rękę współtowarzysza, a nogami zaparłam się mocno o podłogę. Czułam, jak żołądek przelewa się mi z góry na dół (a może z dołu do góry, sama już nie wiem).

Tak, boję się latać. Coraz bardziej boję się latać, szczególnie w takiej puszce, ale… chęć poznania świata bierze górę. Rozsądek przychodzi zdecydowanie za późno.

Lecieliśmy z Nadi, miasta znajdującego się na największej fidżyjskiej wyspie, na północny-wschód, w kierunku wyspy Taveuni (trzeciej z kolei, jeśli chodzi o rozmiary). Podróż zajęła około półtorej godziny. Dotarliśmy w całości (wizualizacje poszły na śmietnik).

Wyspa Taveuni

Wyspa Taveuni należy do Fidżi. Bywa nazywana „Wyspą Ogrodem” i łatwo zrozumieć skąd wziął się owy przydomek – Taveuni porośnięta jest tropikalną roślinnością, a wśród lasów deszczowych szumią dziewicze wodospady. W powietrzu aż pachnie świeżością. Atrakcyjnie jest również pod wodą – tu znajdują się sławne nurkowiska Fidżi – Great White Wall oraz rafa Rainbow. Są królestwem miękkich koralowców, barwnym regionem, który przyciąga amatorów nurkowania (nawet tych wybrednych).

Gdzie ta cywilizacja?

Na Taveuni nie ma dużych miast, a cywilizacja zagląda tu dość nieśmiało. Zauważyliśmy to zresztą tuż po wylądowaniu, bo „terminal” lotniska w Matei to mały budyneczek z kantyną. Tyle. Nikt tu nie sprawdza bagażu, nie ma też kontroli bezpieczeństwa. Jest za to ważenie przed odlotem (i ciebie i torby), bo wspomniana puszka (czytaj, samolot lini Fiji Link) nie zniosłaby nadwagi (nie zrozumcie mnie źle, linie są dobre, tylko wielkość tej maszyny odbiera pewność siebie, przynajmniej mi).

Przed wyjściem z lotniska czekała na nas Do, zabawna, starsza pani, właścicielka Taveuni Island Resort & Spa, gdzie zdecydowaliśmy się zatrzymać na kilka dni. Szybko opadły nam szczęki – ten mały, rodzinny, luksusowy hotel mieści się na niewysokim klifie z widokami jakich mało! Turkus rozlewa się u twych stóp, a  strzała Amora trafia cię w sekundę. Urok miejsca to jedna, pasjonująca jest także historia samych właścicieli, którzy trafili tu z Nowej Zelandii jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. To między innymi dzięki nim wspomnieni wcześniej amatorzy nurkowania, mogą zachwycać się regionem. Ric (mąż Do) był bowiem jednym z odkrywców tutejszych raf.

Na Taveuni jest kilka bardzo dobrych hoteli (gdzie noc będzie kosztować od kilkuset do kilku tysięcy miejscowych dolarów), pare dobrych centrów nurkowych (również nie najtańszych, ale to nie powinno dziwić) i niewiele opcji dla budżetowych podróżników (co nie znaczy, że ich nie ma). Można zatrzymać się również na kempingu (udało nam się znaleźć jeden i to tuż przy plaży), na wsi z miejscowymi (nocleg kosztuje podobo około czterdziestu dolarów) lub poszukać kwatery np. przez portal Airbnb (bardzo lubimy tą opcję). Jest w czym wybierać i mimo, że internetowe informacje na temat wyspy są raczej skromne (bardzo skromne), nie należy się niczego obawiać. Bardziej spontaniczni mogą przyjechać w ciemno – tu koniec języka naprawdę służy za przewodnika, a z miejscowymi można załatwić wszystko. Fidżyjczycy to prawdopodobnie jedni z najsympatyczniejszych ludzi na świecie!

Trzeba mieć tylko większy budżet, bo Taveuni nie należy do tanich kierunków.

Wokół wyspy (no prawie wokół, chociaż i to stwierdzenie jest raczej nadużyciem) prowadzi jedna, główna droga („główna” to również lekka przesada), która momentami zamienia się w szutrową ścieżkę, zwyczajnie poprzecinaną strumykami (to już sama prawda). Od czasu do czasu przejedzie jakiś autobus. Albo i nie, bo tzw. Fiji time (czyli czas dla spóźnialskich) obowiązuje i tu. Ci bardziej niecierpliwi (czy też punktualni) mogą złapać taksówkę (drogą taksówkę) lub ewentualnie wypożyczyć samochód bezpośrednio od miejscowych (nie operuje tu żadna wypożyczalnia aut).

Park Narodowy Bouma

Ruszyliśmy do Parku Narodowego Bouma. Jego powierzchnia stanowi spory procent powierzchni wyspy i maluje okolicę tą intensywną zielenią, przez którą aż mrużysz oczy.

Dziurawa droga wiodła wzdłuż wybrzeża, a puste pola porośnięte były lasem palmowym. Dzieciaki brały poranną kąpiel w rzece (tą z myciem głowy), a matki robiły pranie tuż obok (w tej samej rzece). W mijanych, co jakiś czas skromnych osadach, życie toczyło się od świtu do zmierzchu – prąd z agregatów (jeśli owy był) nie starczał na długo, a kabli z elektrowni (otworzonej zresztą niedawno) jeszcze tu nie doprowadzono. I pewnie szybko się to nie zmieni.

Nagle zaczęło padać.

– Zawsze pada po tej stronie wyspy – napomknął nasz kierowca.

Wodospady Tavoro

Wodospady Tavoro znajdują się nieopodal bram parku, a do pierwszego prowadzi zadbana ścieżka. Po iszczeniu opłaty (wstęp do każdej z części parku jest płatny) poszliśmy odkrywać.

Dreptaliśmy po tej równiutko przystrzyżonej trawce, a ropuchy ustępowały nam drogi, odskakując na boki. Mocny deszcz zamienił się w niewinną mżawkę, ale i tak byliśmy przemoknięci od samej wilgoci. Duszne, mokre i krystaliczne powietrze czyściło zatoki, a szum wodospadu, wydobywający się zza krzaków, delikatnie pieścił uszy.

Tavoro Falls to system trzech kaskad. Do pierwszego wodospadu idzie się około diesięciu minut, a tam czeka błękitne źródełko z dwudziestoczterometrową ścianą wody. Nie wierzę, że kiedykolwiek bywają tu tłumy – my mieliśmy go na wyłączność.

Potem, w górę prowadzą strome schody (uff), ale warto się wdrapać by uchwycić panoramę. I odsapnąć przed trekingiem w kierunku kolejnych dwóch poziomów. Przez dżunglę, przy akompaniamencie rajskich ptaszków, zważając by nie zdeptać przez przypadek jednego z wielu fioletowych krabów.

Wioska Lavena & Coastal Walk

Do wioski Lavena jedzie się dalej w dżunglę. Położona jest na wybrzeżu, w parku narodowym i otoczona lasem deszczowym.

To z Laveny wyruszyliśmy na długi spacer, trasą zwaną Coastal Walk, mijając po drodze czarne, wulkaniczne plaże i pasące się na nich… świnie. Ścieżka prowadziła najpierw wśród upraw bananowców, papai i cassavy, potem przez gąszcz, a do osady Naba, która znajduje się na końcu świata.

Szczerze, to naprawdę zadziwiające, że ktoś tu mieszka.

It’s a kingfisher bird – zaczepił mnie jedyny spotkany w drodze tuziemiec, wskazując na zimorodka, który przysiadł na zgarbionej palmie, a potem wrócił do połowów; zamachiwał się siatką na płyciźnie tak długo, aż coś pojawiło się na dnie.

Niestety, nie dane nam było dojść do końca, przekroczyć rzeki i zobaczyć wodospad Bouma, bo rozpętała się ulewa, a zgodnie z zaleceniami miejscowych, gdy zacznie padać, pędem mieliśmy wracać. Inaczej moglibyśmy utknąć w parku do rana, a tak nikt by nie chciał. Rzeka była szeroka, prąd silny. Na drugą stronę można było przeprawić się jedynie zanurzając się po pas. Popatrzyliśmy na drugą stronę z poczuciem niedosytu. Ogromnym.

Pan od zimorodka machnął na pożegnanie.

Opisane wodospady i Coastal Walk w Parku Narodowym Bouma to jedne z największych atrakcji wyspy Taveuni. Inną, ważną jest jezioro Tagimoucia, które znajduje się w wulkanicznym kraterze – to jedyne miejsce na świecie, gdzie rośnie niezwykły i tak rzadko widywany kwiat tagimoucia, będący narodowym kwiatem Fidżi. Oczywiście, krążą o nim legendy – kwiat powstać miał z łez księżniczki, która nie mogła poślubić wybranego przez siebie chłopca. Jakby inaczej.

Podróż w czasie

Jednak Taveuni to nie tylko natura, to także… podróże w czasie. Zupełnie serio.

Wyspę Taveuni przecina na dwie części południk 180, czyli Międzynarodowa Linia Zmiany Daty. To znaczy, że tu spotyka się wschód z zachodem czy też dzisiaj z jutrem. To tu znajduje się „Pierwszy sklep, który otwiera się na świecie”. To tu jest początek i koniec świata.

W niepozornym miejscu, zaraz koło boiska, tuż przy kościółku zielonoświątkowców, stoi tablica symbolizująca ten podział.

Jeśli kiedyś chciałeś przeskoczyć „do jutra”, albo cofnąć się „do dziś”, tu możesz to zrobić. Możesz też stanąć w rozkroku, jedną nogą w teraźniejszości, drugą w tej niedalekiej przyszłości. Aż dziwne, że to miejsce nie jest jeszcze największą atrakcją regionu. A może to i dobrze…

Plaże na Taveuni są ładne, ale raczej skromne. Jedną z najbardziej znanych jest plaża Księcia Karola, dla którego kiedyś zorganizowano tu piknik.

Wyspa Taveuni jest póki co naszym ulubionym zakątkiem Fidżi.