Wierzycie w magię spadających gwiazd? W przeznaczenie? W spełnianie marzeń? Nie wierzycie? To szkoda. Ja wierzę. Po tacie jestem trochę Piotrusiem Panem. I fajnie mi z tym! Więc, jak w Sylwestra zobaczyłam swoją spadającą gwiazdę, wiedziałam że coś się wydarzy…

Melbourne podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

musiałam :)

Wspomnienia z Melbourne. Część 2

W Melbourne jestem już ponad tydzień. Były Święta, prezenty, zwiedzanie, zepsuty samochód, dużo się działo. Ale wcale jeszcze nie mam dość! Naprawdę dobrze się tu czuję. Bardzo dobrze. I wiem, że mogłabym zostać na dłużej. Może to jest jakiś plan na przyszłość. Przyjechać tu do szkoły, albo do pracy, pożyć trochę inaczej. Zakochuję się w Australii z dnia na dzień coraz bardziej! Czy jest tu ktoś, kto się w Australii nie zakochał się pytam?! Bo to chyba niemożliwe, żeby się nie zakochać… A jak zobaczę kangura na wolności, to już w ogóle się zakocham na maksa.

Jeden dzień w Wilsons Promotory National Park

Więc ruszamy na Wilsons Prom, czyli do Wilsons Promontory National Park. Fox obiecuję, że będą kangury! I strusie emu. Droga jest długa, ale przepiękna. Po horyzont rozpościerają się zielone pola, pasą się na nich szczęśliwe krowy, chmury lekko przysłaniają letni krajobraz. Gdzieś w oddali widać winiarnię, droga wiedzie przez maleńkie miasteczka, obok starej kopalni złota. Wzdycham sama do siebie. Mogłabym tak siedzieć godzinami z nosem przyklejonym do szyby. I się gapić. Zatrzymujemy się na kawę i ciastko w mieścinie, gdzie czas stanął dęba. I jedziemy dalej. Po kilku godzinach jesteśmy na miejscu. Jest sobota, wakacje, tłumy ludzi, a mi to wcale nie przeszkadza. I tak mi tu dobrze. Rozglądam się za kangurami. No i kangurów brak. A znaki ostrzegają przez zwierzakami przecież! Co za ściema?!

Zaliczamy pierwszy przystanek w parku. Idziemy na Squeaky Beach, czyli piszczącą plaże. Oznacza to dokładnie piszczący pod stopami piasek. Dokładnie w momencie kiedy stawiam stopę na delikatnym piasku, kropla deszczu spada mi prosto na nos. Zaczyna wiać. W ciągu sekundy jesteśmy mokrzy, a na plaży średnio jest się gdzie schować. Ale ja się cieszę, że pada. Dzięki temu zapamiętam Squeaky Beach, a tak to pewnie umknęłaby gdzieś między innymi pięknymi plażami.

No więc tacy mokrzy jedziemy dalej. Są góry i zakręty, suche pola i ekstremalnie zielone krzaki. A na końcu jest plaża – najdalej wysunięty na południe kawałek Australii. Pomijając oczywiście Tasmanię. Jakby to powiedzieć… Piździ, jak w kieleckim! Są chmury, ale na horyzoncie widać słoneczne promienie. Taka nieoczywista pogoda nam się trafiła. Lubicie nieoczywiste rzeczy? Bo ja uwielbiam.

Pijemy gorącą herbatę na rozgrzanie, a potem ruszamy dalej na poszukiwanie kangurów. Nie poddajemy się. Porzucamy samochód na poboczu i idziemy w pole. Wszędzie beżowe kępki trawy i to by było na tyle. Fuck. Kangury gdzie jesteście?! Halo? Kici kici. Do nogi!

Ale co to?! Coś się rusza. Coś tam chyba jest. Jedna kępka trawysię rusza! I druga też. A trzecia wstaje zainteresowana! To nie kępki trawy! To kangury skryte między nimi! Jest ich chyba ze dwadzieścia. Jak już wiesz, czego szukać to okazuję się, że jest ich więcej i więcej. A za kangurami pasą się strusie Emu. No to kolejny australijski klasyk zaliczony – kangur i struś na wolności. Bombowo.

W drodze powrotnej mają być pingwiny na Philip Island, ale… Jest już 19:00, a bilety na wieczorny przemarsz pingwinów sprzedawane są do 17:00. I dupa. Zatrzymujemy się więc na zachód słońca, jak już tu jesteśmy. I spotykamy kilka królików i kolejne kangury. To zdecydowanie kangurowy dzień! Pingwiny będą innym razem. Nie uciekną. Ale zachód  słońca jaki i plaża jaka…. Brak słów.

Wycieczka na Great Ocean Road

Czas na Great Ocean Road. Podejście drugie. Wyruszamy o świcie. Mijamy „nasz parking” i nie zjeżdżamy tym razem na Geelong. Tak, tak jesteśmy przesądni. Lecimy prosto na GOR. Przystanek pierwszy przy latarni morskiej. Obrazek książkowy. Obok kawiarenka, jak malowana i pyszne espresso. A potem zaczynają się widoki. Takie widoki tylko w Australii. Ląd urywa się nagle. Fale z impetem uderzają i żłobią coraz to nowsze figury. Woda ma lazurowy kolor, na horyzoncie intensywnie granatowy. Gdzieniegdzie porozrzucane są samotne skały. Czuć mocny wiatr z nad oceanu. I czuć też głód. Więc zatrzymujemy się na pizzę i rozsiadamy się wygodnie na trawie, z kartonami na kolanach. Do pizzy obowiązkowo cola. Zestaw idealny. I jeszcze w jakim miejscu i w jakim towarzystwie! Ale pora na nas.

Odbijamy trochę w głąb lądu. Las jest gęsty, mroczny, magiczny. Zakręt za zakrętem i przepaście. A potem znowu wybrzeże i Dwunastu Apostołów, których jest teraz chyba siedmiu. Ale powstają nowi. Ocean intensywnie nad tym pracuje. Non stop, przez 365 dni w roku. Złazimy na plaże w pobliżu. Co mogę powiedzieć? Wow! Ściany widziane z dołu wydają się jeszcze większe, ocean z bliska wydaje się jeszcze groźniejszy, wiatr wieje trochę niepokojąco, a słońce grzeje coraz mocniej. Spędzamy tu chyba godzinę, a czas ucieka. Wieczór zbliża się wielkimi krokami, a my musimy wrócić do Melbourne. Więc wracamy. W końcu jutro Sylwester.

Sylwester w Australii i magia spadających gwiazd

Jak spędzić ostatni dzień 2012 roku? No jak to, jak. Na plaży. Robimy naleśniki z dżemem i kanapki z kiszonym ogórkiem. Bierzemy ręczniki i pędzimy przywdziani w kostiumy kąpielowe. Kierunek – Mornington. Urocze miasteczko niedaleko Melbourne. Jesteśmy szczęśliwi. I Lena, i Fox i ja. Cali szczęśliwi. Nawet nasze stopy są szczęśliwe. Czy moglibyśmy sobie wymyślić lepszy plan na 31 grudnia? Odpowiedź jest krótka – nie.

A czy moglibyśmy sobie wymyślić lepszy plan na Sylwestrową noc, niż wieczór na plaży z szampanem i obserwowanie olbrzymiego pokazu fajerwerków nad miastem? Nie. Sylwester na plaży marzył mi się zawsze! Co roku mam ten sam problem – co robić w Sylwestra? Impreza w klubie, domówka, co ubrać, z kim iść i zazwyczaj niestety wychodzi średnio… Już teraz wiem, że plaża jest rozwiązaniem numer jeden. Od dziś, każdego roku będę spędzać Sylwestra na plaży. Zgoda? Czy moi przyjaciele tam po drugiej stronie się zgadzają? Aneta, Sylwia, Asia? Jak Wam się podoba taki plan?

Nasza sylwestrowa grupa jest całkiem spora i bardzo rodzinna. Jest oczywiście Lena i Fox, mama Leny, Harry i jego dzieciaki. A tuż przed dwunastą dołącza do nas Danny. Miło Cię widzieć kolego z Brisbane. Fajnie, że jesteś…

Fajerwerki urywają! Są piękne, cudowne, wielkie, kolorowe, niezwykłe. A po fajerwerkach spada moja gwiazda. Druga w życiu. Pierwszą widziałam kiedyś na mazurach w Leleszkach, jak byłam małą dziewczynką. Wtedy moim największym marzeniem było mieć grę Pegasus. Wypowiedziałam to marzenie do gwiazdy. Nie powiedziałam nigdy rodzicom, że chcę mieć Pegasusa. A oni wiedzieli! Od tego czasu wierzę jak dziecko, że gwiazdy mają magię. Teraz wypowiadam trochę inne życzenie. Droga spadająca gwiazdo… Co, zżera Was ciekawość o czym sobie marzę? Nic nie powiem. Jak się spełni to dopiero się z Wami podzielę. Cierpliwości. I trzymajcie kciuki proszę.

Lena i Fox są zmęczeni. Jeszcze raz przypominam, że Lena jest w  ciąży! Będzie chłopak, a ja obiecuję że będę super ciocią! W każdym razie, jadą do domu. Ja zostaję. Nie sama. Z Dannym. We dwoje. Znaczy jest jeszcze Roberto, który po szybkiej przejażdżce po mieście, zapchaniu żołądka w Macu, postanawia wrócić do domu. A my zatrzymujemy się na górze. To stare wysypisko śmieci z niezwykłym widokiem. Obserwujemy miasto, słońce zaczyna wschodzić, a my siedzimy i patrzymy się przed siebie, i jakimś cudem łapiemy się za ręce, i…  Coś kliknęło. Jest super. Wyjątkowy początek nowego roku. To będzie mój rok. 2013 będzie mój. Wiem to. Przede mną ważne 12 miesięcy…

Mam jeszcze kilka dni w Melbourne. Potem czas na Nową Zelandię. Jesteście ciekawi, jak tam będzie??? Ja bardzo! Ale zanim to… W Nowy Rok regeneruję siły, mocząc nogi w rzece i zajadając barbecue. Dzień później Fox musi już wracać do pracy, a Lena i ja robimy zakupy, żeby uzupełnić braki w moim bagażu. Potem spacerem idziemy na Glen Eira. Ciacho i kawa w Savion Cakes&Bagels. Pycha. I wystawa sztuki aborygeńskiej. Obrazy przepełnione kolorami tęczy, intrygujące, wesołe, niepowtarzalne… Nigdy wcześniej nie widziałam niczego podobnego.

Na koniec dnia odwiedzamy Hannę Mayer, uroczą starszą panią z nietuzinkowym życiorysem, którą opiekuje się mama Leny. Historia jej życia jest niezwykła, co można przeczytać w książce która opublikowała. To spotkanie ma w sobie magię. Kończymy je słowami: do zobaczenia. Tak się trzeba żegnać. Tylko takie pożegnania mają sens.

Już czwartek. Dzisiejszy poranek jest bardzo słoneczny. Plażujemy więc z Leną w Hampton, zajadamy sałatę z owoców w kawiarni tuż nad zatoką. Na obiad bigos i rosół. Kocham polską kuchnię!!! Teraz to wiem! Jak ja wytrzymam do maja bez domowego żarcia??? Trzeba się najeść na zapas chyba. Da się tak?  Oby! Więc obiadam się. Leniuchuję.  Odpoczywam. I myślę. Myślę o Tobie Danny… „Chyba będę za Tobą tęsknić”. Dostaję odpowiedź. „Chyba? l will miss u Juli.” No i co teraz? „I have a crazy idea…”

Ostatni dzień w Australii. W Melbourne upał. 40 stopni. Schodzę. Zagrożenie pożarowe gwałtownie wzrasta. W Australii, co roku są wielkie pożary. Płoną lasy, busze, pustkowia… Wszyscy boją się, gdy są trzy gorące dni pod rząd bo zaczyna się wtedy robić nieciekawie. Mieszkańcy Melbourne z przerażeniem wspominają tzw. „black saturday”, czyli pożary które miały miejsce w stanie Victoria w 2009 roku. Zginęły wtedy 173 osoby. Z powierzchni ziemi zniknęły hektary drzew i całe miasteczka. Ludzie uciekając przed ogniem wskakiwali do wody, ale gdy żywioł nadchodził woda zaczynała wrzeć… Nie było ucieczki. Niestety. Ani dla ludzi, ani dla zwierząt. Na szczęście jutro ma być nieco chłodniej. Oby. Bo naprawdę strasznie gorąco. Nawet possumy mdleją i spadają z drzew! I koale też. Dziś chcieliśmy uratować jedno possuma, niestety trafił do nas trochę za późno… Umarł w drodze do weterynarza. Jedno jest pocieszające, że w Australii pomaga się wszystkim chorym zwierzętom. W Polsce, jak znajdziesz ptaka np., który schodzi, to jeśli nie jest to orzeł, albo jakiś chroniony gatunek to weterynarz, czy Straż Miejska oleją sprawę. A tu, nieważne czy szczur, czy rumak. Zwierzak. Trzeba mu pomóc. W końcu od tego my, ludzie, jesteśmy.

No dobra. Czas na mnie. Australio jesteś super!  Pa pa, I’ll be back, no worries.

A tak zupełnie szczerze to nie mogę przestać płakać… Pożegnanie z Leną i Foxem nie należy do najłatwiejszych. Bardzo chcę do Nowej Zelandii, ale też bardzo chcę zostać w Australii jeszcze chociaż przez chwilę. Tak bardzo bym chciała, ale świat mnie wzywa… Ma dlaa mnie jeszcze kilka niespodzianek w zanadrzu. Więc – do zobaczenia Australio. Pamiętaj o mnie.

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.