Spotkałyśmy się przez przypadek, totalny przypadek. Generalnie to do Peru trafiłam przez przypadek. Wcale nie chciałam tam specjalnie jechać. Co więcej, do ostatniej chwili myślałam nad zmianą trasy, żeby je ominąć. Nie wyszło, na szczęście.

Moja podróż dookoła świata to niezwykłe spotkania. Takie było też to, z Pauliną. Poznałam ją przez Tomka, chłopaka, z którym pracowałam przez ścianę, ale los chciał, żebyśmy poznali się w Limie. To tam tam, Paulina i on, byli na wolontariacie.

Machu Picchu. Ameryka Południowa. Indianie. Kukurydza. Morderstwo polskich turystów. Z tym mi się kojarzyło kiedyś Peru. Paskudnie bałam się tam jechać. Nie marzyłam o Peru. Tak wyszło, że tam trafiłam… A dlaczego Ty tam jesteś ? Dlaczego akurat w Peru?

Przyjechałam tu po raz pierwszy w styczniu 2012 roku na 3-tygodniowe wakacje. Myślałam, że będzie jak zwykle – trochę plaży, trochę słońca, dobre jedzenie i wyskokowe drinki. Ale… Było coś więcej i to od samego początku. Już po wyjściu z lotniska uderzyła mnie fala gorącego, dusznego powietrza. Późny wieczór, a na ulicach ruch jak na Marszałkowskiej w środku dnia. Głośno, kolorowo, pełno ludzi. Psy i koty. Sodoma i Gomora, jak to mówi moja mama.

Peru mnie oczarowało. Ale to było tylko pierwsze wrażenie, bo później pojawiło się to, co najważniejsze. Ludzie, ludzie i jeszcze raz ludzie. Ludzie, którzy wraz z tym wszystkim co opisałam powyżej, przez te 3 tygodnie wakacji, tworzyli „moje” Peru. To niezapomniany czas. Tygodnie pełne wrażeń i nowych znajomości. Znajomości, które przetrwały do dziś.

Minęły trzy tygodnie, wróciłaś z wakacji i co?

Wróciłam i zachorowałam. Zachorowałam na Peru. Choroba nie do wyleczenia niestety.

Albo stety… Zależy, jak na to spojrzysz.

Po powrocie nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Męczyłam się strasznie. W Polsce zima, w Peru lato. W Polsce ponuro, w Peru wesoło. W Polsce wszyscy narzekają, a w Peru – ‚no te preocupes’! Wytrzymałam do maja 2012, czyli zaledwie kilka miesięcy i kupiłam kolejny bilet, kolejny bilet do Peru. Tym razem na 10 dni. Niby nic, ale dla mnie spełnienie marzeń – ponad tydzień pobytu w kraju, który skradł mi serce. Bilet nie był drogi, ale podróż była bardzo długa. Najpierw pociągiem z Opola do Katowic – 2 godziny. Z katowickiego dworca na lotnisko – godzina. Z Katowic do Londynu na Stansted – 2 godziny. Ze Stansted na Heathrow – 1,5 godziny. Na lotnisku krótka drzemka i doładowanie baterii. Z Londynu do Amsterdamu – 1,5 godziny. I wreszcie trasa Amsterdam – Lima, 13 godzin. I już! Jestem u siebie! Wrażenia podobne, jak za pierwszym razem. Byłam oczarowana. Znałam już trochę lepiej samą Limę i piękne Miraflores. Poruszałam się sama po moich ulubionych miejscach. Było mi cudownie. I tak minęło 10 dni. Trzeba było wracać. Na lotnisko odwiózł mnie Mikołaj, mój najbliższy przyjaciel. Ryczałam tak, że nie widziałam gdzie idę. Mikołaj mnie tylko popychał, żebym nie przegapiła swojej kolejki do odprawy. Ja nie mogłam przestać płakać. Odprawiona. Pan z obsługi lotniska pocieszał mnie, że „narzeczony na pewno zaczeka, proszę nie płakać”. Tylko, że ja płakałam za Peru, nie za „narzeczonym”…

Wróciłaś do Polski i…?

Zaczął się kolejny etap mojej choroby. Znów nie mogłam usiedzieć na miejscu. Setki myśli przelatywały mi przez głowę. Co ja właściwie robię w Polsce? Czy jestem tu szczęśliwa? Co z tego, że mam dobrą pracę? Na co mi to wszystko? A może warto coś zmienić? Od znajomych dowiedziałam się, że jest możliwość wyjazdu do Peru i przy okazji można pomóc dzieciom, które tej pomocy potrzebują. Taka forma wolontariatu. Więc dlaczego nie, pomyślałam. Dlaczego miałoby się nie udać? Zgłosiłam się do fundacji z Krakowa, która organizuje takie wyjazdy dla wolontariuszy właśnie. Trzeba było napisać projekt, który był podstawą do wyjazdu i wyznaczał moje zadania na miejscu, w Peru. Deadline – 1 czerwca 2012. Miałam mało czasu. Trzeba było szybko oddać projekt. Wyniki miały być na początku października. Zatem czekałam. Niby szanse marne, bo fundacja powstała nie dawno, bo projekt zakładał głównie działania w obrębie Europy, bo było dużo zgłoszeń a pula pieniędzy na projekt ograniczona. No i dokładnie 2 października 2012 otrzymałam telefon z Krakowa… „Wiesz co, Twój projekt przeszedł. Jedziesz do Peru!” Ale jak to?! Przecież nie było szans! Ja nie mówię po hiszpańsku! Co ja najlepszego narobiłam?! Do wyjazdu miałam 4 miesiące. Zwolniłam się z pracy. To chyba było najmilsze uczucie przed wyjazdem.

Warto wrócić swoje życie do góry nogami?

Tak, warto coś w życiu zmienić.

Jesteś w Limie od niecałego roku. Co Ty tam dokładnie robisz?

Od 1 lutego 2013 roku jestem wolontariuszką w domu Ayllu Situwa. To taki dom, w którym mieszkają dzieci ulicy. Mają rodziców, ale z różnych przyczyn nie mogą z nimi mieszkać. Odwiedzają ich tylko raz na jakiś czas. Zazwycza,j co drugi weekend. A co robimy na co dzień? Odrabiamy lekcje, sprzątamy, gramy w chińczyka, rysujemy, chodzimy na plażę, gotujemy. Wszystko to, co robi się w normalnej rodzinie, w normalnym domu. Wszystko to, czego te dzieci w swoim domu by nie miały.

Ok. A co jest najbardziej niezwykłego w „tym” Waszym domu?

To, że każdy dzień jest inny. To, że nie raz mam wszystkiego dosyć, nie mam siły, nie mam ochoty, a później i tak się uśmiecham sama do siebie i jestem szczęśliwa, że tu jestem. Że właśnie z tymi dziećmi, a nie z innymi. Nie chcę grzeczniejszych, ani mądrzejszych. Chcę te, które mam. Bo są moje! Diabły ale moje, już oswojone.

Czyli tworzycie tym dzieciom taki normalny dom. Z obiadem i śniadaniem. Z obowiązkami i nagrodami. No i z miłością, co najważniejsze. I powiem Ci, że jak tam u Was byłam, to też na chwilę poczułam się, jak w domu… Ale Paulina – czy Ty się nie bałaś? Ja się bałam np. jechać sama w podróż dookoła świata. Wiem, że nie mówiłaś dobrze po hiszpańsku, że sama uczyłaś się języka. Nie bałaś się, że nie dasz sobie rady?

Jasne, że się bałam. Najbardziej właśnie tego, że nie mówię po hiszpańsku, że dzieci to wykorzystają i ciężko mi będzie z nimi nawiązać nić porozumienia. Bałam się, że nie zrozumiem poleceń i coś przekręcę, że zgubię dziecko albo, że samo ode mnie ucieknie.

Ale okazało się, że nie było się czego bać, co? Język przyswoiłaś w ekspresowym tempie. A dzieci Cię uwielbiają. Widziałam na własne oczy. Fajnie jest być wolontariuszem?

Chyba odpowiem na to pytanie po zakończonym wolontariacie. Na pewno jest to ciężka praca. Nie spodziewałam się, że tak bardzo. I to nie chodzi o obowiązki, jakie mam w domu. Chodzi o relacje z dziećmi. O to, że trzeba się nauczyć z nimi rozmawiać, trzeba sobie zdobyć ich zaufanie, trzeba być ich przyjacielem mimo iż czasem traktują cię okropnie. Na pewno przed wyjazdem trzeba się mocno zastanowić, czy ma się odpowiednio duże pokłady cierpliwości.

A co Ci daje robienie tego, co robisz? Tak Tobie wewnętrznie.

Nauczyłam się pokory. Zdecydowanie. Mam również więcej cierpliwości niż przed przyjazdem tutaj. Dzieciaki dają mi satysfakcję. I choć bywam czasem zmęczona, to jak dzieciaków dłużej nie ma w domu, to bardzo mi ich brak.

A jak odnalazłaś się w Limie? Bo co innego jest przyjechać tu na wakacje, a co innego zamieszkać.

Odnalazłam się w zasadzie bez problemu. Jak się trafi w swoje miejsce, nie musisz się odnajdować. Po prostu jesteś tu i teraz. I ja jestem tu i teraz. W mojej Limie.

Czyli Lima to Twoje miejsce? Wiesz… Myślę, że jest też trochę moje. I czasem budzę się rano i tak sobie myślę, że fajnie byłoby tam znowu być. I tak mam tylko z Limą. Ale powiedz, bo o Limie dużo się mówi złego. Że taka niebezpieczna, że straszna. Jak jest naprawdę?

Nie wiem co mówią inni, bo nigdy się nie sugerowałam opinią ludzi na ten temat. Zawsze chciałam sama sprawdzić i się przekonać. Dla mnie Lima jest miejscem tak samo bezpiecznym i niebezpiecznym, jak Warszawa czy Kraków. Dużo bardziej niebezpiecznie czułam się w Londynie niż w Limie. Nie mam złych doświadczeń związanych z pobytem tutaj. Ale nie znaczy to, że patrzę na Limę wyłącznie przez różowe okulary… Trzeba być świadomym, że Peru to biedny kraj.

Masz w Limie swoje ulubione miejsca?

Całe mnóstwo. Uwielbiam Barranco. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam. Lubię rano, w sobotę lub niedzielę, wymknąć się z domu, żeby zjeść w Barranco śniadanie ze znajomymi, napić się kawy, czy soku, poczytać gazetę, czy posiedzieć na słońcu i nic nie robić. Kolejnym takim miejscem jest Miraflores. W niedzielę rano ulice przy Parku Kennedy są zamknięte do godziny 13:00. Ludzie jeżdżą na rolkach, na rowerach, grają w mini voleyball, w mini piłkę nożną. A moim trzecim ulubionym miejscem jest dzielnica Brena. Mieści się w centrum Limy. Dla mnie 100% Limy w Limie. Jedzenie przygotowywane na ulicy. Pełno ludzi, hałas, masa samochodów. Ścisk i gwar. Super!

Jakaś ulubiona knajpa, czy bar?

W Miraflores jest taka kawiarnia połączona z księgarnią. Nie dość, że pachnie kawą to jeszcze nowymi książkami. Lubię raczej miejsca w bocznych uliczkach, gdzie turyści nie zawsze docierają.

A masz swoje ulubione miejsca w Peru? Widziałaś już w ogóle trochę kraju?

Nie mam ulubionego. Albo może inaczej, nie mam jednego ulubionego. Lubię Peru za wszystko, nie tylko za miejsca ale również za jedzenie, ludzi, klimat, muzykę. Tak, trochę już widziałam, ale wciąż mi mało! Niestety na razie nie mam czasu na podróże, ale wierzę, że co się odwlecze to nie uciecze…

Dla mnie Peru miało w sobie, jakąś dziwną, trudną do opisania energię. Coś niezwykłego. Też tak masz? Co to może Twoim zdaniem być?

Chyba wiem, o czym mówisz… Nie wiem, jak to nazwać, ale to jest dokładnie tak, jak się człowiek zakochuje w drugim człowieku. Zawsze się znajdzie ktoś mądrzejszy, przystojniejszy, zabawniejszy itd., ale dla ciebie właśnie ‚ta’ osoba jest najlepsza i najważniejsza. Właśnie w tej osobie się zakochujesz i nie masz pojęcia dlaczego. Jesteście oboje w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie, i wtedy iskrzy. I to jest właśnie TO. Ja się zakochałam w Peru. Nie wiem dlaczego. Po prostu zaiskrzyło.

A jacy są mieszkańcy Peru? Jakbyś miała porównać Peruwiańczyków i Polaków…

Peruwiańczycy są uśmiechnięci. Nie muszą mieć powodów do śmiechu, a i tak się uśmiechają. Szkoda im czasu na zamartwianie się, bo to i tak nikomu w niczym nie pomoże. Wręcz przeciwnie. Smutkiem i narzekaniem zrażasz do siebie ludzi. A Polacy to zawsze mają jakiś problem. Zawsze coś nie tak. A to że zimno, a że gorąco. Że pada, że sucho. Że są góry, ale nie ma morza. Że jest morze, ale nie ma gór. Że za słone, za słodkie, za ostre. Nie chcę generalizować, ale tak to chyba właśnie z nami Polakami jest…

Ok. To temat na inną dyskusję. O Polakach i innych narodowościach. Może… Odłożę go na półkę. A teraz peruwiańska kuchnia. Jaka jest? Masz swoje ukochane danie? A może alkohol…?

To temat rzeka. Jak Nil. Uwielbiam tutejszą kuchnię. Uwielbiam domową kuchnię peruwiańską. Locro, moje ulubione danie. Potrawka z dyni, kukurydzy, groszku cukrowego z dodatkiem białego solonego sera i ostrych przypraw. Pycha. A drink? Chilcano. Doskonale wiesz, jak dobrze smakuje.

Mam nadzieję, że będziemy miały go jeszcze okazję wypić razem w Limie. Serio. Bardzo bym chciała. Albo Pisco Sour. Fajnie były te nasze wieczory… A za czym Ty najbardziej byś tęskniła, gdybyś dziś wróciła do Polski?

Za energią, która tu jest. Która powoduje, że codziennie rano wstaję i jestem tak szczęśliwa, że gęba sama mi się śmieje. Za ludźmi. Za kuchnią i muzyką. Za moimi ulubionymi miejscami. Za wszystkim!

A za czym polskim tęsknisz najbardziej?

Odpowiem krótko – rodzina. I chyba za niczym więcej. Na razie….

Czy Peru jest dziś Twoim drugim domem?

Dopóki tu mieszkam – jak najbardziej. A czy będzie nim również w przyszłości? Kto to wie…

Ok. Teraz skojarzenia. Ja rzucam słowo, a Ty mówisz z czym Ci się kojarzy.

Pierogi – moja mama.

Machu Picchu – alpaki i lamy.

Płaszczka – to mi się akurat kojarzy z Australią…

Religia – procesje, procesje, procesje. W Limie chyba codziennie są gdzieś jakieś procesje. Modlą się i modlą. Musieli tu nieźle nagrzeszyć.

Bieda – slumsy. To inna bieda, jaką sobie wyobrażamy. Ludzie mieszkają tu czasem w takich warunkach, w jakich ja u dziadka na działce w altance trzymałam rower.

Książki – można pożyczyć w Polskiej Ambasadzie książki polskich autorów. Tego mi tu brakowało – polskich książek. Już mam.

Przyjaźń – Tomasz W. i Mikołaj B.

Drzwi – drzwi otwarte na świat, podróżować, podróżować i podróżować.

Cel – pal.

Emocje – emocje to sięgają zenitu.

Miejsca czy ludzie – odpowiedni ludzie w odpowiednim miejscu. Ani jedno ani drugie bez siebie się nie sprawdzi.

Wszystkie zdjęcia zamieszczone powyżej, w rozmowie z Pauliną, pochodzą z jej prywatnych zbiorów i są jej własnością. Korzystanie ze zdjęć autora bez jego wiedzy jest zabronione (Dz. U. Nr 24, poz. 83).