– A czy oferujecie transport z lotniska? — dopytuję przez telefon, rezerwując pokój w hotelu.

– To trzyminutowy spacer — odpowiada recepcjonistka, chwilę później dodając, że oczywiście ktoś może po nas wyjechać, ale naprawdę nie ma to sensu.

Lot z Honiary na wyspę New Georgia można by nazwać lotem krajobrazowym. Samolot sunie dość nisko, a na turkusowej wodzie malują się mniejsze i większe wysepki.

Krótkie międzylądowanie na szutrowym pasie podnosi nam nieco ciśnienie. Podobnie zresztą jak widok pilota za sterami, bo samolot to stara puszka, ale niecałe czterdzieści minut później jesteśmy już na miejscu.

Na lotnisku w Mundzie, a kilka minut później w naszym hotelu, Agnes Gateway Hotel. Pani recepcjonistka nie kłamała.

Munda znajduje się na południu wyspy New Georgia, w Prowincji Zachodniej Wysp Salomona, a na całą osadę składa się kilka wiosek. Wszystkie ulokowane nad turkusowymi wodami Laguny Roviana.

W takich okolicznościach i paskudna, rozpuszczalna kawa smakuje doskonale (każdy ma swoje priorytety, tak?).

Turkusowa woda w Lagunie Roviana z prywatną wyspą na horyzoncie
Laguna w Mundzie

Targowisko w Mundzie

Przed hotelową otwartą dla wszystkich bramą, toczy się życie. Na jednym straganie sprzedają kokosy. Na dziesięciu kolejnych orzechy betelowe. Są też muszle, trochę warzyw, kosze z liści i drewniane figurki. Piątek to najbardziej zabiegany dzień w okolicy, bo to dzień targowy.

Tylko określenie „zabiegany” jest tu zdecydowanie na wyrost — to życie toczy się raczej w żółwim tempie.

Wczuwamy się szybko i niespiesznie ruszamy do wioski w towarzystwie naszego przewodnika. Silka jest znajomym naszych nowych znajomych z Honiary, z którymi poznaliśmy się kilka dni wcześniej i to oni skrzyżowali nasze ścieżki. Czyż w podróżach to te spotkania nie są właśnie najpiękniejsze?

– Za kilka tygodni powinniśmy mieć prąd — mówi Silka, wskazując na niepołączone jeszcze ze sobą kablem betonowe słupy. — Jakbyście szli w nocy, weźcie latarkę, bo nic nie widać.

Kruche, drewniane chatki stoją na soczyście zielonej trawie, niedaleko spokojnego brzegu. Szutrowa droga osadzona bujną roślinnością, wyznacza kierunek.

A miejscowi witają nas bardzo szczerym uśmiechem i podglądają z ciekawością.

Krokodyle na Wyspach Salomona

– Wujek Sari ma dwa krokodyle. Złapał je, jak były małe, a wtedy można było jeszcze na nie polować — tłumaczy nasz nowy znajomy, gdy zmierzamy w kierunku niepozornego domostwa. — Schował je w norze i nakrył deskami. Tylko że one teraz urosły i — chwyta mnie za rękę — Nie podchodź zbyt blisko.

W rajskich wodach Wysp Salomona, które zachęcają jedynie do kąpieli (przynajmniej na pierwszy rzut oka), żyją licznie krokodyle różańcowe — największe współcześnie żyjące gady, które mogą osiągnąć wagę nawet tony i długość sześciu metrów.

Zgadnijcie jaką długość miał największy krokodyl zabity na Wyspach?

Sześć i pół metra. Szybko odechciewa się pływać.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat liczba krokodylich ataków na ludzi wzrosła niepokojąco. Zgodnie z danymi opublikowanymi przez WorldFish Program w marcu 2019 w raporcie „Human-crocodile conflict in Solomon Islands”, między 1998 a 2017 rokiem zgłoszono ich 194, z czego 84 było śmiertelnych. Wiadomo jednak, że liczba na pewno jest wyższa, bo badacze odwiedzili „tylko” 234 wioski, a na Salomonach jest ich znacznie więcej.

Ocenia się, że obecnie na Wyspach Salomona żyje od 1400 do 2500 osobników, a populacja wzrosła raptownie po 1993 roku, gdy rząd zakazał eksportu krokodylich skór w celu ochrony gatunku. Nowo wybrany rząd pracuje obecnie nad ustawą, która ma zarówno pomoc w kontroli populacji, jak i edukacji.

Peter Joseph Museum — muzeum II Wojny Światowej

Odbijamy nieco z głównej drogi, w kierunku muzeum. Tak — muzeum. Peter Joseph Museum, czyli do muzeum II Wojny Światowej. W niewielkiej szopie zgromadzone są bezcenne pozostałości po Amerykanach i Japończykach.

Właściciel Peter Joseph Museum przed muzeum na swoim podwórku
Barney przed swoim muzeum

Hey! – macha do nas uśmiechnięty facet. – I’m Barney. How do you do? – przedstawia się dość nieśmiało.

To właściciel. Miejscowy, który na pewnym etapie życia zaczął zbierać z pobliskich lasów to, co zostawili żołnierze: pistolety, karabiny, granaty, hełmy, butelki na wodę, pieniądze, medale, butelki po Coca-Coli, a nawet fiolki z proszkiem morfiny. Dzisiaj pomagają mu też inni, a ostatnio dostał nawet dofinansowanie od rządu.

Barney to przesympatyczny gość, który przez kolejną godzinę wprowadza nas w wojenny klimat, dzieląc się lokalnymi opowieściami o serii bitew, które toczyły się na wyspie New Georgia i zakończyła po ostatecznym starciu wojsk japońskich z amerykańskimi 23 sierpnia 1943 roku.

Barney, właściciel muzeum wojny w Mundzie, pozuje do zdjęcia
Właściciel muzeum z Samem

– Dzisiejsze lotnisko w Mundzie to pozostałość po japońskiej bazie lotniczej — zaznacza Barney, a potem zaczyna opowieść o tym, skąd wzięła się nazwa muzeum.

Okazuje się, że nazwisko Peter Joseph Palatini widniało na pierwszym nieśmiertelniku, jaki znalazł Barney. Po latach udało mu się odnaleźć weterana. Starszy pan miał wtedy 96 lat.

Kąpiel w lagunie

Upał daje się we znaki. Tutaj chyba zawsze jest gorąco. Silka zauważa nasze zmęczenie i zabiera nas na pobliską, prywatną wysepkę swojego znajomego. Mimo moich wcześniejszych obaw, szybko zapominamy o krokodylach w turkusie. Trzeba się schłodzić.

To o czym nie da się tu zapomnieć, to komary, które uprzykrzają błogie popołudnia. Oprócz tego, że są zwyczajnie upierdliwe (jak to komary) to i one potrafią być niebezpieczne, bo na Wyspach Salomona jest i malaria, i denga i wirus Zika. Dobry repelent w plecaku to wyposażenie obowiązkowe.

Wyspa Czaszek

Mała łódka podskakuje rytmicznie na niewielkich falach, a nieopodal rozbijają się większe — tam zaczyna się granatowa głębina. Na horyzoncie sterczy kilka palm.

– Poczekajcie chwilę — prosi Silka, gdy zarzucamy kotwicę przy brzegu. — Muszę poprosić przodków o pozwolenie dla was — tłumaczy krótko i znika w krzakach.

Po chwili wraca i zapewnia nas, że zgoda została wyrażona. Wizyty w świętych miejscach są bezpiecznie tylko w odpowiednim towarzystwie.

Ta urocza wysepka, której zdjęcie mogłoby wylądować na okładce magazynu o rajskich destynacjach, nie jest tak rajska, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. W powietrzu wisi dziwna energia. Niewidzialna para oczu zdaje się nieustannie nas obserwować.

– Nie dotykaj! — wyraźnie zwraca mi uwagę nasz przyjaciel, gdy nachylam się na metalową misą pełną wody i liści, aby zrobić zdjęcie. — Mówi się, że usunięcie czegokolwiek z czary przynosi nieszczęście i złą pogodę.

Nie zamierzałam dotykać, ale teraz rezygnuję nawet ze zdjęcia i idziemy dalej w busz. W końcu cofam się o pół kroku, bo to dziwne wrażenie.

Przed nami sterta ludzkich czaszek.

Skull Island, zwana też Kundu Hite, to wyspa położona w widowiskowej Lagunie Vona Vona, miejsce, gdzie zgromadzone zostały czaszki przywódców plemion i lokalnych wojowników. Cmentarzysko jest namacalnym śladem po czasach łowców głów, epoki zakończonej przez kolonizatorów około XX wieku.

Lola Island

Odpływamy powolnie w stronę wyspy Lola, gdzie od 1989 roku funkcjonuje rodzinny kurort, Zipolo Habu Resort. My zatrzymujemy się tylko na dzień — na zimne piwo i snorklowanie z rekinami. Okazuje się, że całe stadko rafowych drapieżników kręci się regularnie w pobliżu pomostu.

– Mogłabym tu zostać dłużej — rozmarzyłam się nieco, popijając wodę prosto z kokosa.

– My też — wtrąca nieznajoma starsza pani, która właśnie odłożyła książkę i otrzepała piasek ze stóp. — Szkoda, że tym razem to nie są wakacje.

Zaczynamy rozmawiać. Te kilka osób, które jest tu z nami, zawitało jedynie na weekend, w przerwie między ciężką pracą. To australijscy wolontariusze — pielęgniarki i krawcowe.

– Zajrzyjcie do nas — zapraszają. – Pracujemy w Noro, zaraz obok fabryki tuńczyków w puszce.

Trudno byłoby odmówić.