Uluru. Jedna z australijskich ikon. Ogromny czerwony kamień na pustkowiu, położony na terenie zwanym Red Center, niemal na środku kontynentu. Święte miejsce dla rdzennych mieszkańców, a jednocześnie największa atrakcja turystyczna dla przyjezdnych.

Zakaz wspinaczki na Uluru

Od 26 października 2019 roku wspinaczka na Uluru jest zakazana. Nowe reguły weszły w życie dokładnie w 34 rocznicę odzyskania przez Aborygenów praw do ziem, na których znajduje się kamień. 34 lata starań ludzi Anangu (plemion z centralnej Australii), którzy nie chcą, aby ktokolwiek zdobywał szczyt. Park Uluru-Kata Tjuta pozostaje otwarty dla podróżników. Dyskusja jednak się nie kończy.

Nie mam wątpliwości, że wspinaczki należało zakazać.

Święte miejsce

Uluru to wyjątkowe miejsce dla Aborygenów, odgrywające ważną rolę w wierzeniach i opowieściach, podstawach kulturowych zwanych jako Tjukarpa (czu-kor-pa). Jaką dokładnie? Wiedzą to tylko wtajemniczeni ludzie Anangu, którzy nie chcą i nie mogą podzielić się tajemnicą z pozostałymi. Niestety przez to nasze możliwości zrozumienia ich kultury są ograniczone.

Jak mówią tuziemcy, są fragmenty kamienia, których nie powinno się fotografować, a wchodzenie na wierzchołek jest przeciwko panującym zasadom i zwyczajnie rani uczucia drugiego człowieka. 

Nie będę ukrywać, zastanawia, że jeżdżenie segwayem wokoło, czy skakanie ze spadochronem nad jest w porządku.

Aborygeni chcą, żebyśmy my, ciekawi świata, odwiedzali ich dom, jednocześnie prosząc, żebyśmy z butami nie wchodzili do sypialni — to porównanie, pojawiające się w tekście The New York Times, podane przez Sammiego Wilsona, autochtona, który przez bez długi czas zasiadał w radzie parku, wydaje się bardzo trafne.

Szacunek do innych kultur i próśb mieszkańców powinny być wysoko na liście każdego podróżnika. Podobnie zresztą jak szacunek do natury.

Cud natury

Uluru jest gigantyczną formacją z piaskowca, samotną górą zwaną twardzielcem. To twór wyjątkowy na skalę światową. Niektórzy mówią, że to monolit, ale geolodzy unikają takiego porównania. „Kamień” (Australijczycy lubią nazywać Uluru „The Rock”) zbudowany jest z arkozy i minerałów, a pomarańczowy odcień powierzchni nadaje tlenek żelaza. Wokół rosną charakterystyczne dla Outbacku trawy Spinifex i pustynne dęby, a w cieniu drzew żyje tutejsza zwierzyna. Chociaż część gatunków już wyginęła. Nadmierna eksploracja terenu nieodwracalnie niszczy unikalne piękno.

Wydeptaną przez lata ścieżkę na szczyt widać z daleka — ludzie pozostawili po sobie ślad (dosłownie). Kamień został dostosowany dla planujących wspinaczkę, a na jego fragmencie pojawiły się stalowe słupy oraz łańcuch. Bez tego rodzaju barierki podejście nie byłoby możliwe, bo ściana jest zbyt stroma.

Higiena

I jeszcze ta niby przyziemna sprawa. Wycieczka na szczyt zajmuje pół dnia, a potrzeby fizjologiczne bywają załatwiane pod przysłowiowym krzakiem. W źródłach wody przy Uluru, których nie ma wiele (pamiętajmy, że to tereny półpustynne, woda jest tu wyjątkowo cenna, a deszcze rzadkie), wykryto bakterie występujące tylko w ludzkich odchodach.

Bezpieczeństwo

Jak jest z kwestią bezpieczeństwa? Podczas wspinaczki na Uluru zginęło ponad 30 osób. Czy inna „atrakcja turystyczna” pozostałaby otwarta przy takich niechlubnych statystykach?

Zmiana ta, wprowadzenie zakazu wspinaczka na Uluru, to ważny i symboliczny moment, który zapisze się w australijskich dziejach.

Gest czy zmiany

Ścieżka na Uluru jest już zamknięta

Symbolika ta nie zmieni jednak wiele w sytuacji życiowej Aborygenów, którzy mieszkają w okolicy, a powinna. Więc gest jest poniekąd pusty, a we mnie budzi się pytanie, czy to oby na pewno tędy droga do zmian? I od razu powiem, że nie znam odpowiedzi na to pytanie, a przyglądam się bacznie rozwojowi sytuacji.

Jak to było wcześniej

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, mimo sprzeciwu rdzennych mieszkańców, australijski rząd ustanowił park narodowy w miejscu, gdzie znajduje się Uluru (znane wtedy jeszcze głównie jako Ayers Rock; to nazwa nadana miejscu przez brytyjskich kolonizatorów, która funkcjonuje do dziś równolegle z „Uluru”) oraz pobliskie skały Kata-Tjuta (inaczej The Olgas). Po długich naciskach, w 1985 roku rząd zwrócił ziemie tuziemcom, ale… No właśnie, tu pojawia się pierwsze „ale”.

Obszar wrócił w aborygeńskie ręce pod warunkiem wydzierżawienia go na 99 lat rządowej organizacji Parks Australia. Czyli „Macie swój dom z powrotem, ale to my będziemy zapraszać gości”. Wtedy, tak samo, jak dzisiaj, ważny gest był nieco pusty. Australijski rząd potraktował wszystko symbolicznie. Zabrakło długofalowych planów i działań skutecznie poprawiających jakość życia lokalnych społeczności.

Co prawda, większość w radzie parku zajęli Anangu, ale kierunek działania wyznaczany jest przez kierunek działań rządu. Dowodem na brak realnej decyzyjności jest, chociażby ta 34-letnia walka o wprowadzenie zakazu wspinaczki czy trudności w uzyskaniu licencji na prowadzanie działalności turystycznej w okolicy przez miejscowych. Oraz fakt, że turystyczne bazy znajdują się poza granicami parku, co oznacza, że na ich rozwój Anangu nie mają żadnego wpływu, ani nie mają z nich żadnego zysku.

Ayers Rock Resort i kasa

Widok na Kamień

Znajdujący się przy granicy parku Ayers Rock Resort, jedyny kompleks noclegowy w okolicy, można by nazwać pralnią pieniędzy (nie wiem jak bardzo brudnych). Ceny hoteli i restauracji na terenie kurortu są absurdalnie wysokie. Podobnie jak ceny oferowanych wycieczek. 

Zgodnie z informacją The Telegraph, w 2010 roku wśród 670 pracowników był jeden autochton. Jeden! Właściciel Ayers Rock Resort oraz firma Voyages obsługująca kurort obiecali zmiany i uruchomienie specjalnych szkoleń dla tych, którzy chcą pracować w turystyce. Tak się stało. Jak podaje The Guardian, w 2015 roku w kurorcie pracowało 280 rdzennych mieszkańców, Aborygenów oraz mieszkańców Wysp Cieśniny Torresa, (co stanowiło 34% wszystkich zatrudnionych), ale tylko 29 pochodziło z lokalnych społeczności.

Jak to wygląda dzisiaj? Na oficjalnej stronie znaleźć można informację, że pod koniec 2017 roku w Ayers Rock Resort pracowało 350 rdzennych mieszkańców (co stanowiło 40% wszystkich zatrudnionych). Nie ma informacji na temat tego, ilu z nich pochodzi z okolicy.

Nie trudno się domyślić, że do Aborygenów trafia zdecydowana mniejszość z turystycznych zysków, które są ogromne. 

Zgodnie z umową z 1985 roku tradycyjni mieszkańcy ziem otrzymują 25% wpływów pochodzących ze sprzedaży biletów do parku (bilet na trzy dni kosztuje około $25). W szerszej perspektywie to niewiele. Zastanawiają również zasady dystrybucji tych pieniędzy oraz pozostałej części zysków.

Versus codzienność

Różnice w jakości życia są rażące! Przyjeżdżający odpoczywają w luksusowych hotelach, jadają kolacje przy stołach przykrytych białymi obrusami, wznosząc toast szampanem. O wschodzie słońca latają helikopterami, a o zachodzie wybierają przejażdżki na wielbłądach. My, turyści, mamy wrażenie, że doświadczamy aborygeńskiej magii, bo przed nami majestatyczne Uluru. Doświadczamy tego, co ktoś zapakował do nas w paczkę z ogromną kokardą.

Interwencja w Mutitjulu

Po przeciwnej strony Kamienia, w niewielkiej społeczności Mutitjulu, gdzie turyści nie mają wstępu (autochtoni nie chcą być traktowani jak zwierzęta w zoo), jest smutna rzeczywistość. Bieda, zakazy i nakazy oraz brak mądrego wsparcia. Sytuacja bywa podobna w innych wspólnotach centralnej Australii, a współczesne działania potrafią bardziej szkodzić niż pomóc.

W 2007 roku australijski rząd pod wodzą premiera Howarda przeprowadził tzw. Interwencję na Terytorium Północnym. Uchylił ustawę o dyskryminacji rasowej (Racial Discrimination Act), aby móc przejąć kontrolą nad aborygeńskimi ziemiami w 72 wioskach. Nie słyszeliście o tych wydarzeniach? Nic dziwnego, bo Australia skutecznie umie zamiatać pod dywan to, co nie powinno dotrzeć do opinii publicznej. Powodem owej Interwencji były doniesienia o molestowaniu dzieci. Dzisiaj, 12 lat później, wciąż nikt nie został skazany za wspomniane przestępstwo, a doniesienia okazały się mylne. W społecznościach widoczne są za to skutki akcji-Interwencji podczas której wojsko oraz policja wtargnęły bezprawnie do wspólnot, ogłaszając „Teraz my tu rządzimy”. Szybko doszło do tego, że wszyscy mężczyźni zaczęli być postrzegani jako pedofile, wszyscy stali się przestępcami, a wiadomo, że taka łatka przylega na lata. Dodatkowo wstrzymano połowę funduszy społecznych. I mimo że wprowadzono wiele słusznych zmian — zakazano sprzedaży alkoholu, pornografii, wprowadzono obowiązkowe badania dla dzieci — wszystko to wprowadzono z pogwałceniem praw człowieka, bardziej szkodząc, niż czyniąc dobro.

W rozmowie z SBS wspomniany już w tym tekście aborygeński działacz mówi, że Interwencja w społeczności Mutitjula miała na celu jej zlikwidowanie i przejęcie pięknego terenu, idealnego do oglądania wschodów słońca nad Kamieniem.

Podsumowanie

Zamknięcie wejścia na Uluru ogłoszono w chwili, gdy liczba deklarujących chęć wspinaczki spadła poniżej 20% i gdy przy Uluru pojawiło się wystarczająco dużo innych atrakcji, które zapewnić mają stabilny przychód. Decyzję ogłoszono z dwuletnim wyprzedzeniem, już w 2017 roku, co zwróciło oczy wielu na środek australijskiego kontynentu. Niektórzy ruszyli prężnie, aby zdążyć, zdobyć szczyt (głównie Australijczycy, dla których wspinaczka była tradycją rodziną lub podróżniczym marzeniem oraz Japończycy, gdzie taka wyprawa musiała być po prostu mocno wypromowana), inni dumnie poparli restrykcję.

Pewne jest, że poprzez zaangażowanie mediów kawał świata usłyszał o Uluru i to miejsce kojarzy się obecnie najbardziej z aborygeńską kulturą. Czy to dobrze? Raczej nie. W okolice corocznie wybiera się już milion turystów, a liczba ta zapewne wzrośnie. Nadmierna turystyka nie będzie zapewne służyć regionowi, a jedynie wypełniać portfele wybranych. Spłyci też chęć poznania rdzennej kultury, która znaczy wiele więcej niż tylko fenomenalne skąd inąd Uluru.

Aborygeńska kultura to nie tylko Uluru

Wilpena Pound w Parku Narodowym Ikara-Flinders Ranges

Wybierając się do Australii, warto odwiedzić inne, znaczące miejsca, jak chociażby położone tuż obok Uluru góry Kata Tjuta, czy pobliski kanion – Kings Canyon. Ważny i atrakcyjny jest także znajdujący się w Australii Południowej Park Narodowy Ikara-Flinders Ranges, czyli „miejsce spotkań” (jeden z moich ulubionych zakątków) czy niezwykłe jezioro Lake Mungo w Nowej Południowej Walii oraz góry Grampians w Wiktorii. Aborygeńskiej magii i codziennego, dzisiejszego życia nie brakuje też na północy we wciąż mało odkrytym obszarze Arnhem Land. Ruszyć poza szlak, jest z zawsze najciekawiej.

Wszystko o organizacji wyjazdu do Uluru znajdziecie tutaj.