Bohol był naszym pierwszym pomysłem, chociaż im dłużej zastanawialiśmy się, którą wyspę na Filipinach wybrać, tym więcej mieliśmy wątpliwości. Bo zwyczajnie jest tu w czym wybierać! Ale nie żałujemy, bo Bohol okazał się idealnym miejscem na motocyklowe wycieczki poza szlakiem (dosłownie) i kilkudniowe zwiedzanie.

Zerwaliśmy się bladym świtem, żeby w spokoju dojechać na lotnisku w Manili. Ruch jest w tym mieście nieprzewidywalny, więc zdecydowanie lepiej mieć trochę czasu w zapasie. Po półtoragodzinnym locie lądujemy w Tagabilran, gdzie czeka już na nas transport z hotelu. Pan z kartką „Juli & Sam” nie zatrzymuje jednak kierowców trycykli, którzy szturmem ruszają w naszym kierunku.

Good morning ma’am, sir! Tricycle? – brzmi w powietrzu, ale nie ma sensu odmawiać, bo i tak nie słuchają.

Alona Beach

Wyspa Panglao

Pierwszą noc spędzamy na wyspie Panglao, która połączoną jest z wyspą Bohol mostem. Po dotarciu do celu szybko załatwiamy motocykl – nie skuter – motocykl. W oku Sama pojawia się tem podejrzany błysk.

Ruszamy w kierunku Alona Beach, najpopularniejszej plaży na wyspie, gdzie znów dopadają nas tłumy sprzedawców.

Ma’am. Sir. Food? Island hopping? I will give you a good price. Buy – staramy się grzecznie dziękować, ale jedynym rozsądnym wyjściem wydaje się po prostu iść dalej, do przodu.

Drepczemy więc po betonowym murku, wzdłuż którego z jednej strony ciągną się knajpy, a z drugiej wąska, zatłoczona plaża. Z raju nici, wiemy to na pewno. Pozostaje nam coś zjeść.

Ma’am. Sir. Sunglasses? Hat? – sekundę po tym, jak siadamy w jednej z restauracji, zjawia się sprzedawca.

Z jednej strony tak bardzo cię irytuje, a z drugiej patrzysz na niego i doceniasz, że pracuje, że stara się coś robić, że nie wyciąga ręki oczekując jałmużny. Kupuję te nędzne okulary za osiem złotych. Szczerbaty gość uśmiecha się szeroko.

Hey guys! What you gonna eat? – w zupełnie innym tonie zagaduje do nas kelnerka, wypinając piersi i puszczając oko.

Chwilę później siedzi z nami przy stoliku, podtrzymując konwersację w nad wyraz słodkim stylu. Ladyboy’ów można spotkać w co drugim parze. Podobno zatrudnia się ich z przyjemnością, bo wiedzą jak szybko nawiązywać kontakty. Nie mają żadnych oporów.

Zamawiam sok z arbuza i kilka przekąsek. Zbieramy się szybko, bo Alona to nie nasze klimaty.

Dużo spokojniejszy zakątek znajdujemy kawałek dalej, przy White Beach. Już doceniam naszą mobilność i niezależność! Na dwóch kołach tak łatwo wjeżdżać w te wąskie ścieżki i przedrzeć przez krzaki.

Plaże, koguty i szczęśliwe dzieci

Na plaży nie ma tłumów. Chuda dziewczyna sprzedaje świeże kokosy. Może z tej palmy, która ugina się nad delikatnym piaskiem? A może nie… Dzieciak gania kury i drze się w niebogłosy, ale zaraz zagłusza go przepływająca łódka. Ktoś wrzuca na ognisko świeżą rybę.

Takich miejsc znajdujemy jeszcze kilka. Nie wszystkie przy atrakcyjnych plażach, niektóre gdzieś w małych wioskach. Jednak werdeczne twarze dają nam do zrozumienia, że jesteśmy mile widziani.

Come and see – zachęca starszy facet, gdy zauważa, że przyglądamy się drewnianym konstrukcjom, przypominającym daszki.

Tłumaczy, że to dla kogutów, bo i walki są w regionie czymś naprawdę ważnym.

There are people from America coming to see it, ma’am – dodaje z dumą.

Popołudniu w powietrzu zaczyna roznosić się charakterystyczny zapach ognisk, a przy drodze wystawiają stoiska ze ulicznym żarciem.

My ruszamy po zachód słońca. Przez wysoką trawę, mijając leniwe kozy zaledwie o włos. I tu znów miejscowi witają nas miło, tym razem dzieląc się zimnym browarem. Córka gospodarza przynosi malutkiego kociaka, który mieści się w jednej dłoni, a zgraja młodszych dzieciaków zerka na nas ciekawsko.

Zaczynam rysować wzory na piasku, a one jakby tylko na to czekały. Jakby czekały na tą chwilę szczerej uwagi. Zwykłą zabawę. Czekałam na nią i ja, bo to najlepsze podróżnicze momenty.

Przegapiłam niemal ten barwny zachód, ale na szczęście Sam uchwycił go na kilku zdjęciach.

Mimo szczerych chęci nie udaje się nam wstać na wschód. Zawsze obiecujemy sobie, że tak, że jutro, ale poranek w łóżku i klimat wakacji skutecznie rujnują plany. Kto nie potrzebuje czasem szczypty lenistwa?

Wyraki, Czekoladowe Wzgórza i rzeka Loboc

Wypoczęci ruszamy na zwiedzanie wyspy Bohol, w kierunku największych atrakcji  – na spotkanie z wyrakami i na spacer po Czekoladowych Wzgórzach.

Wyraki, czy też tarsjusze (z angielskiego tarsier) są pierwowzorem znanego nam wszystkim z Gwiezdnych Wojen, Yody. Oczywiście żartuję (chociaż nie do końca) – wyrak to mini zwierzak z wyłupiastymi oczyma i długim jak u szczura ogonem. Występują one tylko w tej części świata, a my spotkaliśmy się je po raz pierwszy w Indonezji (o naszej podróży na Celebes możecie poczytać tutaj). Te indonezyjskie i filipińskie tarsjusze różnią się nieco zachowaniami i wyglądem, ale na pierwszy rzut oka trudno zauważyć różnicę (przynajmniej, jeśli się takim laikiem jak ja)

Odwiedzamy Filipińskie Sanktuarium Tarsierów (Philippine Tarsier & Wildlife Sanctuary), położone niedaleko miasteczka Corella. To podobno jedyne miejsce na regionie, gdzie wyraki traktowanie są humanitarnie i żyją naturalnych warunkach.

– Skąd jesteś? – pyta dziewczyna, która oprowadza nas po lesie.

– Z Polski.

– Mieliśmy tu kilka lat temu fajnych wolontariuszy z Polski – wspomina, a ja od razu wiem, o kogo chodzi. O Martę i Mateusza, którzy mieszkali kiedyś Na Filipinach.

Z Corelli po raz kolejny skręcamy w jakąś szutrową ścieżkę (już rozumiem skąd ta iskrę w oku Sama przy odbieraniu motocyklu), żeby za chwilę znaleźć się przy jasno-zielonych polach ryżowych. Dalej droga pnie się już tylko w górę, a my zataczamy koło, aby i dziś zakończyć dzień w pięknych okolicznościach przyrody.

Chocolate Hills

Zajeżdżamy do Carmen, miasta które jest miejscem wypadowym na wzgórza, ale nie za bardzo nam się tu podoba, więc niemal natychmiast zbieramy się na punkt widokowy Chocolate Hills Complex. Kasują nas na wstępie pewnie trzy razy tyle co miejscowych (albo dwadzieścia) i wciskają butelkę wody, bo przed nami ponad 100 stopni do pokonania! Nie okazują się być zbyt strome i z łatwością docieramy na szczyt.

Pagórki jak z wtryskarki ciągną się po horyzont z trzech stron. Jest ich ponad tysiąc. Idealne. Perfekcyjne. Niczym równiutko usypane kopce nakryte niezbyt puchatym dywanem. Tylko kolor mają niezbyt czekoladowy, a to od koloru właśnie wzięły swoją nazwę. W porze suchej, gdy wysycha trawa, robią się brązowe. Marzec to już pora sucha, ale pagórki potrzebują chyba więcej czasu (albo moja wyobraźnia nie działa zbyt sprawnie).

 

Nad rzeką

Gdy dojeżdżamy do hotelu nad rzeką Loboc jest już zupełnie ciemno, a ja nie mogę doczekać się porannego widoku. To właśnie lubię w tych późnych przyjazdach – niespodziankę, która czeka za dnia.

Nie kto inny jak kogut wybudza mnie ze snu, a ja szybko odsłaniam zasłonę i nie rozczarowuję się.  Z domku nad brzegiem widać tą mętną niebiesko-zieloną wodę, a dźwięki dżungli robią klimat.

Rzeka Loboc

Kajakiem ruszamy z prądem rzeki. Nie jest zbyt stabilny, więc siedzę na wdechu. Sam też ani drgnie. Szczęśliwie, nadpływająca z naprzeciwka łódka zwalnia, bo wie, że jedna fala będzie dla nas mokrą katastrofą. Słońce grzeje mocno już od ósmej ranom, więc trzymamy się bliżej brzegu, tak aby skryć się w skrawku cienia, rzucanego przez gęsto rosnące palmy. I właśnie. W tym momencie orientuję się, że mamy to wszystko tylko dla siebie, przynajmniej na sekundę, bo w zasięgu wzroku nie ma żywej duszy. Jest idealnie. Jest dziko. Jest klimatycznie.



Booking.com

 

Najlepsze na wyspie Bohol

Magia trwa nieprzerwanie, gdy ruszamy w góry. Zawiłym szlakiem z miasteczka Jagna do Sierra Bullones. Jedyne, co nam przeszkadza, to krajobrazy, które zmuszają do ciągłych przystanków. Ile można! Wspinamy się coraz wyżej i wyżej, w stronę najwyższego ze szczytów wyspy Bohol. Robi się znacznie chłodniej i bardzo spokojnie. Jechać trzeba ostrożnie – na skraju drogi suszy się ryż i kokosy, a po środku drzemią psy – totalnie zrelaksowane.

Give me money – po raz pierwszy słyszę tak „wyraźną komendę”. Brzmi dziwnie, szczególnie, gdy pada z ust gnojka, pewnie dziesięcioletniego chłopca.

Tak wita nas Sierra Bullones, które podobnie jak Carmen nie wzbudza w nas żadnych achów. Do chwili, w której kupujemy bułki w lokalnej piekarni. A może powinnam napisać „jednej z lokalnych piekarni”, bo jest ich tu kilka. Jedna przy drugiej. Normalnie piekarniana ulica! Miła odmiana od ryżowej diety. Zakupy robimy trzykrotnie i odpalamy w bliżej nieokreślonym kierunku.

Wyczytaliśmy gdzieś, że w okolicy są piękne tarasy ryżowe. Faktycznie na zdjęciach wyglądają zjawisko, ale nie możemy odszukać konkretnych wskazówek na temat trasy. Więc jedziemy w ciemno, najpierw dziurawą drogą przy jakimś wysypisku śmieci, bo cuchnie niemiłosierni.

Wjeżdżamy do wioski, budząc niemałe zainteresowanie.

Sam burczy coś pod nosem i przystaje na poboczu.

– Zgubiliśmy się? – pytam.

– Nie – odpowiada mało przekonywująco zerkając w mapę na telefonie.

Droga zamienia się w dróżkę. Dróżka w ścieżkę. Ścieżka w… brak ścieżki.

I swear this road is on Google Maps! – zarzeka się mój żądny przygód kierowca, gdy lądujemy w jakiś krzaczunach, a brak ścieżki zamienia się w strumyk.

– Zatrzymaj się, zejdę na dół – sugeruję, gdy robi się stromo, ale brak przystanku odczytuję jako odmowę.

W końcu dojeżdżamy do jakieś osady z trzema domami, przy której rozciągają się pola ryżowe, ale to nie to, czego szukaliśmy. Ja marzę jedynie, żebyśmy wreszcie dotarli do jakiekolwiek celu.

– Tam! – krzyczę i odwracam się mało rozsądnie, bo kątem oka dostrzegam ten intensywnie zielony skrawek.

Chwytam Sama mocniej, tracąc równowagę. Na moje szczęście zwalnia i wtedy spod ziemi wyrasta miejscowy – Erwin. I jego sympatyczna ciocia. Podbiegają uradowani i ściskają nam dłonie.

Tarasy ryżowe

Nie pomyliłam się. Sam też nie. Znaleźliśmy nasze tarasy ryżowe.

Can we come down and have a look? – pytam grzecznie wskazując w kierunku domu, bo wiem, że tam będzie widać więcej.

Of course! Come and see – zachęca.

You don’t have many tourist here? – upewniam się; niemożliwe, żeby ktoś o zdrowych zmysłach przejechał tą trasę.

This year just you and this French guy who got lost last week.

Bardzo tu malowniczo. Świeżo i barwnie. Siadam pod palmą, łapiąc oddech, Tarasy ciągnę się daleko w dół. Wyglądają przepięknie.

Excuse me ma’am – zagaduje do mnie ciocia chłopaka. – Can you move? – pyta.

Patrzę zdziwiona, ale posłusznie się przesuwam.

It is for safety reasons – zaczyna tłumaczyć. – Coconut might fall down and hit your head.

Wybucham śmiechem, chociaż wiem, że ona nie żartuje. W końcu pierwsza zasada w tropikach brzmi – nigdy nie siadaj pod palmą, jeśli nie chcesz oberwać kokosem.

P.S. Nikt, nigdy wcześniej nie zrobił sobie z nami tylu zdjęć. Nikt, nigdy wcześniej nie umieścił sobie zdjęcia ze mną, jako zdjęcia w tle na prywatnym Facebooku (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo). Zdecydowanie byliśmy atrakcją dnia.